skarby, których nikt nie doceni
ile jest takich osób?
multum.
recepta na życie? nie znam. jakbym znał, to bym się podzielił
Zaburzenia psychiczne tu i ówdzie
“Zawsze rozumiałem kolej rzeczy”
Gdybym miał wskazać jakąś ciekawą postać z seriali amerykańskich, to Gabriel Sylar, tudzież Gabriel Petrelli byłby właśnie nią. Nieustannie targany przez różne potrzeby, balansujący na granicy dobra i zła, dobroci i bezwględności. Zdrowia i pasji.
Nie mam pojęcia kto wpadł na to, by Zach Quinto odgrywał tę jakże trudną rolę, jednak miał rację. Osobiście uważam, że jest to najlepszy młody aktor w USA. Gdzieś mam opinie, że taki a nie inny aktor zagrał świetnie w takim a nie innym filmie. Postacie pozytywne mnie obchodzą najmniej.
Jeśliby zwrócić uwagę na historię kinematografii, to zawsze największe ‘piętno’ zostawiają bohaterowie kontrowersyjni. Im bardziej wypaczeni z ‘normalności’, tym głębsze rysy zostawiają na swym zawodzie. “Nosferatu, Symfonia Grozy” – po tym filmie, Max Schreck, odtwórca głównej roli, został posądzony o okultyzm i faktyczne bycie wampirem. Czy to dobrze? Ciężko mi cokolwiek powiedzieć, jaki to ma wpływ obecne postrzeganie kultury, jednak w latach 20. XX wieku jego rola musiała być szokiem. Teraz coś nowszego – Hannibal Lecter. Żaden Rocky czy inny Schwarzenegger grający ‘pozytywnych’ superbohaterów nie mieli takiego znaczenia, jak psychopata zjadający mózgi ofiar na ich oczach.
Czy oznacza to, że ludzie preferują dysfunkcje psychiczne? W moim mniemaniu nie. Owa popularność w kulturze masowej bierze się z tego, że odmienność jest dobra, jednak na odległość. Sami nie chcemy brać w niej udziału. Co jednak z tymi, którzy są w temat zamieszani, mimo włsasnej woli? Cóż, tak jak kiedyś trędowatych, tak teraz ludzi o ‘odchyłach’ traktuje się w ten sam sposób – alienacja. Wykluczenie ze społeczeństwa. Jestem ciekaw, w którym genie zapisana jest informacja, że najlepsze z całego gatunku to te ‘średnie’.
Niestety tak jest, i każdy kto twierdzi inaczej musi być ślepcem. Choroby cielesne byliśmy w stanie wyleczyć, jednak w ich miejsce pojawiły się nowe, zupełnie inne, trudniejsze do zwalczenia. Choroby umysłu; zdecydowanie bardziej dyskretne, lecz o podobnym działaniu na ludzi. To, co widoczne, odziałuje na świadome części mózgu. Niewidzialne atakuje głębsze rejony, na które już nie mamy wpływu.
Więc skąd takie zainteresowanie odmiennością? Fajnie jest widzieć odmieńców – zawsze można się z nich pośmiać, ponabijać (nawet na pal lub inne elementy pionowe krajobrazu) wyszydzić, przedstawić w świetle innym od tego, w którym mówimy o osbie. To taka odpowiedź na zoo, jednak dla ludzi. Z jednej strony miło jest popatrzeć na tygrysa lub lwa w klatce, niż na te same zwierzęta, lecz na wolności. Niby to takie same zwierzaki, jednak nasze podejście w diametralny sposób zależy od tego, po której stronie klatki rzeczone stwory stoją.
Nikt nie zwraca uwagi na to, czego potrzebują – jedynie wąska grupa ludzi. Reszta ma gdzieś, jak im się żyje – w końcu mają z nimi jedynie chwilowy kontakt, i w sumie nie potrzebują bardziej zagłębiać się w ten temat. Co z tego, że życie tygrysów, delfinów czy nawet sumów afrykańskich jest dużo ciekawsze na wolności, skoro nas to i tak nie obchodzi? Ładnie wygląda w klatce, i ładnie go zapamiętam. Koniec bajki, w której główną rolę odgrywa coś zupełnie innego…
Średniactwo, do którego dążymy w świecie odchyłów.
Każdy pragnie być na tyle normalny, na ile pozwala reszta.
Wg. mnie zjawisko to nie potrwa jeszcze długo – prędzej czy później nastąpi wybuch, który odpowiednio odmieni percepcję ludzkości na jej własne problemy.
Archetypy mego ‘człowieczeństwa’
“… must be a reason”.
Jest to jedno z najczęściej pojawiających się zdań w piosence “King of my Castle” duetu Wamdue Project. Skąd pomysł na taki właśnie cytat, z takiej właśnie piosenki? Otóż – zawsze jest powód. Nie ma w tym wszechświecie wydarzeń, które dzieją się spontanicznie. Spontanicznie to może się jedynie atom rozszczepić, ew. dojść do jakiegoś innego wydarzenia, lecz jedynie na poziomie kwantowym. Kiedy mamy do czynienia z obiektami większymi, zawsze występuje przyczyna i reakcja.
Tak samo jest z moim charakterem. Nic nie dzieje się bez powodu, i nie mogę o sobie powiedzieć, że jestem całkowicie unikatowy. Każdy, kto myśli, że jest unikalny, nietypowy, jedyny i niepowtarzalny, gada bzdury. Każdy człowiek kiedyś już się pojawił; mam tu na myśli fakt, że każda nasza postawa ma swój archetyp. Fundamenty budowane za czasów, kiedy byliśmy jeszcze jak gąbka, jak pancerz stawonoga, przechodzący wylinkę.
Każdy, który twierdzi, że jest inaczej, tj. sam wykształcił stwój charakter – kłamie.
Obecnie nie ma już ludzi, którzy są całkowicie niepowtarzalni. Zawsze był ktoś wcześniej, kogo naśladujemy. Taka jest natura człowieka – naśladownictwo. A teraz przejdę do rzeczy, czyli wszystko to, co miało na mnie wpływ, w byciu przeze mnie zwierzęciem z gatunku Homo Sapiens (kolejność przypadkowa)
- Galactus, Niszczyciel Światów – jako że bóg umarł, pozostał nam Galactus, najpotężniejsza, a zarazem najwspanialsza istota w naszym wszechświecie
- Bruce Wayne & Batman – jako że dwóch ludzi w jednym ciele to nie nowość
- Dwie Twarze – bo dwóch ludzi w jednym ciele może żyć “na raz”, decyzje swe uzależniać od ślepego losu
- Włóczykij – bo dobrowolna alienacja wcale nie oznacza, że nie jest się szanowanym
- Harley Quinn – najpiękniejszy kobiecy uśmiech w historii animacji
- mój Ojciec – bo przecież każdy syn, nie ważne co robi, będzie taki sam
- HellBoy – bo bycie odmieńcem oznacza bycie odmieńcem… dużo silniejszym, niż zwykli śmiertelnicy
- Steve Irvin & Jacques-Yves Cousteau – bo przyroda jest więcej warta od ludzi. Bez najmniejszego wyjątku
- Christopher Reeve – bo można mieć piękne życie
- muzyka – bo np. taki Klaus Schulze tworzy tak kosmicznie niesamowitą muzykę…
- Jerzy Urban – bo bycie konformistą wcale nie oznacza bycie w większości
- Nietzche – bo to ja jestem najważniejszy. Reszta to tylko marionetki
- komuniści i naziści – bo wszystkich ich trzeba spalić na stosie
- Słowianie, Szkoci, Indianie i Aborygeni – bo pierwotne kultury są najlepsze
Wszystko to miało na mnie wpływ.
Alien
“Alien” to jeden z sztandarowych utworów TSA. Jest jednym z tych, które mógłbym spokojnie zaliczyć do tych, które przypominają moje życie. Chciałem przedstawić więc krótkie porównanie tego tekstu do wydarzeń, które miały diametralny wpływ na bieg wydarzeń życia
Wierzyłem w coś, bez tego ciężko żyć
Marzyłem też – wolno było marzyć
Nie chciałem być takim jak ci ludzie
Co tylko biorą nie dając nic
We śnie słyszałem matki głos
Synku! Uczciwym bądź, dobrym bądź!
“Świat” – w tym słowie było coś
Radość i lęk, miłość i fałsz
W tym miejscu kończy się pierwsza zwrotka. Wszystko się zgadza – kiedyś byłem naiwny, i wierzyłem, że mogę zmieniać świat. Wierzyłem w pewne zjawisko, wokół którego niemal kręci się świat, i marzyłem o rzeczach pozornie osiągalnych. Trudno uwierzyć, że można tak pomylić się na ludziach. Uważałem, że ludzie są z natury dobrzy, i że za dobro odpłacają dobrem. Ogromny błąd z mojej strony. Świat także mnie negatywnie zaskoczył. Kochałem go, bo był piękny. Teraz wiem, że to pole nieustającej bitwy, zimnej wojny, której zwycięzcy nie potrafią dostrzec wygranej, a przegrani – podnieść się po upadku.
Czas teraz na drugą zwrotkę…
Nie wierzę w nic, bo chyba nie potrafię
Nie marzę już, nie ma o czym marzyć
Zgubiłem gdzieś prawdziwą radość życia
Smutno mi…
Już tylko ciebie mam
I to mnie jakoś tutaj trzyma
Już tylko ciebie mam
Nie wolno ci odejść teraz stąd
Kolejna część o tym, jak łatwo jest przewidzieć niektórych ludzi. Nie potrafię już uwierzyć w ludzi, ani że są dobrzy. Zawsze mają jakiś powód – błahy czy nie, nic nie robią bezinteresownie. Nie wierzę też w to magiczne słowo, o którym mowa w pierwszej części utworu. Ile czasu i doświadczenia potrzeba, żeby zrozumieć mądrość płynącą z tego tekstu? Nie marzę już, bo faktycznie – nie mam o czym marzyć. Nie mam zamiaru zatracać się w pięknych snach o rzeczach niemożliwych, bo to strata czasu. Nigdy nie wejdę na Szczyt Świata, nie polecę w kosmos, ani nie będę w życiu szczęśliwy. Pewnie to ja byłbym powodem tego… Od dawna nie jestem szczęśliwym. Wiele rzeczy robię zupełnie na pozór, ba! nawet nie bywam szczęśliwy. To jakiś chory teatr, w którym główny bohater nie wie, jak zakończy się sztuka, w której gra. Może jedynie ustalać, kiedy są przerwy między aktami.
Najbardziej jednak pasują do mnie cztery ostatnie wersy. Jest jedna osoba, ale sęk w tym, że to koniec zbieżności tekstu, z moim życiem. Ciężko mi powiedzieć, o posiadaniu kogoś. Mieć to można pieniądze, samochód, dom etc., ale nie człowieka. Nie mniej jednak, nie mam naprawdę nikogo; jestem sam jak palec. Stąd też moja frustracja, bo nie wiem, co robić. W muzyce odpowiedzi nie odnajdę, w filmie również nie. Odpowiedzi są zawarte jedynie w moich kwestiach, a te wypełnia “Radość i lęk, miłość i fałsz… i fałsz…”. Nie wiem, czy me oczy widzą za mało, czy za dużo. Pytania, które boję się zadać, na zawsze pozostaną bez odpowiedzi. Problemem jest też to, że ich zadania nie mogę odkładać w wieczność. Ludzie nie są nieśmiertelni, czas ciągle mija – a ten nie jest moim sojusznikiem.
Już tylko ciebie mam…
Tymi słowami kończy się “Alien”. Nie wiem, czy istnieje bardziej dramatyczna, polska piosenka o mężczyźnie, który szuka swojego miejsca w życiu.
Odwaga nie zna granic
podobno.
Czym jednak tak naprawdę jest? Odwaga zazwyczaj kojarzy nam się z walecznymi bohaterami, którzy mimo olbrzymiego ryzyka (zazwyczaj stawką było ich życie), dokonywali rzeczy niebywałych, dla zwykłych ludzi. Tak przynajmniej ja odbieram takie zachowanie.
Mimo że ryzyko jest wielkie, nagroda bywa jeszcze większa. W tym momencie pojawia się pytanie, co jest bardziej opłacalne: nie podejmować ryzyka i ani przegrać, i ani wygrać, czy też wygrać wiele, ale i stracić wszystko. Kiedyś, pewien człowiek powiedział, że “Ten nie popełnia błędów, kto nie robi nic”. Można się z nim zgodzić, jednak co nam bardziej się opłaca? Wiadomo, nie podejmując ryzyka, nigdy nie tracimy, ani nie zyskujemy. Zakładając jednak niewielkie szanse na zwycięstwo, stawiamy czoła jedynie bolesnej porażce.
Oczywiście można zwiększać swe szanse na wiktorię na wiele sposobów; są jednak sytuacje, kiedy możemy liczyć tylko i wyłącznie na siebie. Takie sytuacje są zazwyczaj najgorsze, bo wg. mnie, najgorzej jest działać samemu. W zespole, nawet w duecie, jest dużo łatwiej, gdyż można podzielić się obowiązkami.
A co zrobić, kiedy mamy walczyć ze smokiem, i w sumie do końca nie wiemy, czy w ogóle dobywać miecza? Do ludzi, którzy to czytają:
Czy mam, tak jak zwykle, udać się ku zachodowi, czy też stawić czoła (przede wszystkim) wewnętrznym demonom?
Przyszłość cybernetyzacji, czyli…
żywe maszyny.
Obecnie jedynie możemy spekulować, jak potoczy się rozwój ziemskiej cywilizacji. Bardzo wiele rzeczy zależy od tego, czy uda nam się wykreować (bo w tym szczególnym przypadku ciężko mówić o programowaniu) szstuczną inteligencję, zwaną później AI.
Jeżeli chodzi o fantastykę naukową, pojawia się niemal w każdej pozycji. Jako komputer, który dysponuje olbrzymim bankiem informacji, steruje olbrzymią ilością prostych czynności na raz, lub wykonuje inne czynności, których człowiek nie jest w stanie wykonać. Równie często, być może nawet bardziej niż dobre, w literaturze pojawiają się “złe” maszyny, które dążą do zniszczenia ludzkości.
Jako człowiek, nie mogę sprzeciwić się ich frustracji. Od początku istnienia staramy się zawładnąć tą planetą; skrupulatnie niszczymy biosferę oraz nieumiejętnie zarządzamy surowcami. Jeżeli one potrafiłyby lepiej zarządzać zasobami, jakimi dysponuje nasza planeta, to z chęcią bym oddał ją maszynom we władanie… nawet, jeżeli wiązało by się to z wykonywaniem rozkazów AI.
Nie wiadomo do końca, jakie ciało wybrałaby taka istota. Można śmiało założyć, że składała by się z sieci superkomputerów, połączonych i tworzących “centralny ośrodek sterujący”, podobny do naszego mózgu. W przypadku uszkodzenia jednej z komórek, jej dotychczasowe działania przejęłby inne komputery, zupełnie jak w naszym organiźmie.
Na zdjęciu obok przedstawiony jest kadr z filmu “2001: Odyseja Kosmiczna”, na którym widnieje interfejs komputera HAL 9000. Nie znam żadnego, wcześniejszego przykładu sztucznej inteligencji. Główną jego wadą było to, że dało się go wyłączyć. Wyobraźmy sobie teraz komputer, który w przypadku usterki, w przeciwieństwie do HALa potrafi się bronić. Co otrzymujemy? Słynny SkyNet i apokaliptyczną wizję świata, którą zaserwował nam James Cameron w serii filmów o elektronicznym zabójcy – Terminatorze. Osobiście jednak uważam, że maszyny, którymi broniłby się nasz ‘zepsuty superblaszak’ przypominały by bardziej T1000, niż poczciwiego Arniego. Szczerze mówiąc, pewnie zachowywałyby się jak Borg (o którym także niedługo wspomnę), albo nawet marionetki sterowane z centrum. Naprawdę cieżko mi wymyśleć, jakie formy mogły by przyjąć maszyny, broniące głównego komputera. Świetny pomysł mieli bracia Wachowscy, kreując “Mątwę”, maszynę działającą jak białe krwinki, z podstawowymi funkcjami autonomicznymi, sterowanymi przez główny komputer.
Przed chwilą mówłem o Borg – to też jest wyjście. Ludzkość zapewne ciągle będzie żyła w strachu, że AI może ich zniszczyć. Dlaczego by nie stworzyć żywej inteligencji, o mocy obliczeniowej podobnej do tej, którą posiadają komputery? Mogło by się wydawać, że ludzki mózg jest do takich zadań nieprzygotowany. W rzeczywistości jest zupełnie inaczej. Być może zwykłemu człowiekowi sprawiają duże trudności operacje stałoprzecinkowe, a zmiennoprzecinkowe są niemal niewykonalne. Dla domowego blaszaka takie zadania to betka. Szkopuł tkwi w tym, że człowiek nie został stworzony do takich rzeczy. Zastanówmy się więc, co tak naprawdę potrafi człowiek. Jako przykład, może służyć wg. mnie jedna z trudniejszych rzeczy, jakie człowiek się w życiu uczy (a niektórzy nigdy nie potrafią), czyli jazda na rowerze bez trzymania kierownicy. W zasadzie nie potrafię dokładnie wyliczyć, jakie czynności są wykonywane, opierać mogę się jedynie na przypuszczeniach. Wystarczy wziąć pod uwagę fakt, że jazda rowerem jest trudna do nauczenia, to jeszcze utrzymywanie balansu, obserwacja otoczenia (poprzez oglądanie i nasłuchiwanie), rozpoznawanie obiektów… mnóstwo tego, a jednak się udaje. Nawet dla obecnych superkomputerów to niezwykle skomplikowane czynności.
Dlaczego by więc nie wykorzystać tego? Już dziś, amerykański program naukowy BOINC wykorzystuje “przetważanie rozproszone”, wykorzystujące światowe zasoby komputerów, symulując jeden superkomputer. Biorąc pod uwagę fakt, że ludzki mózg jest niebywale szybszy od typowego komputera (i tak pozostanie chyba do końca istnienia ludzi i maszyn), można by to połączyć, aby otrzymać najlepszy komputer na świecie. Wiedza, którą każdy z nas posiada, automatycznie trafiłaby do ogólnej świadomości, którą byśmy stworzyli, poprzez połączenie naszych mózgów. Nauka czegokolwiek zajmowała by ułamki sekund… Borgowie ze Star Trek’a, do tworzenia wspólnej świadomości, używali nano robotów – mikroskopijnych urządzeń, o bardzo sprecyzowanym programie, potrafiących operować na poziomie komórkowym, a w dodatku rozmnażać się. Wg. mnie jest to jedyny sposób, aby popchnąć cywilizację do przodu. W ten sposób żadna informacja, jaką w życiu zdobyliśmy, nie uległa by zapomnieniu. Swoją drogą – dzięki tej technologii relacje międzyludzkie zyskałyby nową formę… bezosobowa maź, tworząca rój, który… eh. Mógłbym o takich technologiach marzyć i marzyć.
Inną alternatywną są cyborgi. Ludzie ciało jest bardzo wrażliwe na zimno, ciepło, zniszczenia mechaniczne. Potrzebuje dużo energii każdego dnia, i czasami potrafi nawalić, zupełnie bez przyczyny. Dlaczego by więc nie zamienić go na elementy mechaniczne? Obecnie pracujemy nad coraz to lepszymi materiałami, które potrafią zdecydowanie więcej, niż ludzie ciało. Sterowane inteligencją ludzkiego mózgu, byłoby zdolne do niesamowitych czynów. W ten sposób otrzymujemy niebywale szybki komputer, umieszczony w niemal niezniszczalnym opakowaniu. Brzmi nieźle, nieprawdaż? Brak ciała zapewne stymulowałby dalszy rozwój mózgu, czyniąc go jeszcze lepszym. Być może nawet, zaprzestano by typowego rozmnażania gatunku, na rzecz klonowania i inżynierii genetycznej. Wyobraźcie sobie – gdzieś istnieje zakład, w którym choduje się ludzkie mózgi. Zaraz obok jest fabryka, które pakuje je do puszek, podłącając do odpowiednio spreparowanych maszyn, stymulując oraz symulując fizyczny rozwój dziecka. Ileż czasu można by zaoszczędzić na czynnościach, które obecnie traciłyby zupełnie na znaczniu. Cały proces komunikacji ograniczałby się jedynie do wymiany myśli poprzez fale radiowe. Być może, ograniczono by go nawet do niektórych stanów emocjonalnych. Po co zaprzątać sobie pamięć aspektami biologicznymi, które de facto do niczego nam nie są przydatne? Ciała można by łatwo reperować, w przypadku awarii. W razie konieczności, zapewne dałoby się wyjąć nasz cyber-mózg, i zainstalować w innej maszynie. Czyż nie brzmi wspaniale? Maszyny mogły by mieć niesamowicie rozbieżne rezultaty; od bardzo małych, aż po kilkudziesięci (albo i jeszcze większe) kolosy, zdolne do obrony planety przed małymi ciałami niebieskimi, i ew. inwazją obcych.
Oczywiście każdy z tych scenariuszy jest możliwy. Kto, kilka wieków temu przypuszczałby, że ludzkość będzie w stanie stworzyć komputery, telefonię komórkową, samoloty i w końcu stałą bazę kosmiczną na orbicie? Może wprowadzanie tej technologii nie zajmie nam piędziesięciu, czy stu lat; być może nawet kilka tysięcy lat będziemy czekać na tak zaawansowaną technologię.
Nie mniej jednak, będę patrzył w przyszłość oczekując jej. To chyba jedyny sposób, żeby jakakolwiek cywilizacja ziemska mogła podróżować po wszechświecie, tj. przy użyciu myślących maszyn.
Pytanie z przeszłości i spóźniona odpowiedź
Czymże jest internet? Właśnie dowiedziałem się, że wspaniałą platformą niszczenia ludzkich poglądów. Każdego ich rodzaju.
Ktoś, kiedyś zapytał mnie, czy uważam kobiety za puste, tj. czy chodzi im wyłącznie o wygląd zewnętrzny mężczyzn LUB ich stan posiadania. Oczywiście wartość logiczna tego zdania to nie 1, ale 2. Spytacie: skąd ten wniosek?
Wartość logiczna o wartości 1 odpowiada typowej sumie obu składników, czyli wrodzona uroda + bogactwo. Im więcej urody, tym mniej bogactwa wymaga kobieta, a zarazem – im mniej urody, tym więcej majątku powinien posiadać hipotetyczny ojciec jej potomstwa.
Kiedy rzeczony obiekt, przedstawiciel niższej formy życia, niewolnik (czytaj: mężczyzna) posiada jedno i drugie, jego szanse wzrastają praktycznie wykładniczo, dążąc do magicznej sumy 2.
Wyjątki (jeżeli jakiekolwiek są, a przynajmniej jeden musi być na pewno), jedynie potwierdzają regułę. W tym miejscu zakładam jeszcze jeden warunek – musi istnieć CO NAJMNIEJ jeden wyjątek, żeby zasada była prawdziwa. Nawet najlepsze teorie, opisujące nasz wszechświat, mają jakieś zastrzeżenia, więc i tak musi być w tym przypadku.
Przedstawiam tu również “portrety” trzech ludzi:

Rock Hudson, niektórzy uważają, że w swym życiu miał ponad 10000 kobiet.
Marek Licyniusz Krassus – nieziemsko bogaty człowiek, miał tyle kochanek, z każdego regionu świata, ile zechciał.
Ja. Ani bogaty, ani przystojny. Potwierdzenie reguły, że “wnętrze jest dla kobiet najważniejsze”.
O cybernetyzacji ciąg dalszy
Zapewne większość ludzi zna historię Internetu – powstał jako sieć wojskowa, wiadomo. Obecnie, wojsko jest największym motorem postępu. By być bardziej drobiazgowym powiem, że armia Stanów Zjednoczonych Ameryki. Tak tak, drodzy państwo – jeżeli armia amerykańska się za coś bierze, to w ciągu kilku-kilkunastu lat, trafia to w ręce cywilów. Tak było z internetem, GPSem a nawet teflonem.
Jeżeli chodzi o cybernetyzację, to przede wszystkim mam na myśli dwie rzeczy, a właściwie dwa samoloty. Pierwszą z nich jest F-22 Raptor. Zapewne wielu słyszało o tym, że jest to pierwszy na świecie myśliwiec STEALH, kosztuje ponad 250 milionów złotych, posiada niesamowią konstrukcję płatowca oraz aktywne sterowanie wektorem ciągu, co zapewnia niesamowitą zwrotnośc. Wyposażony również w genialne radary, pozwalające zestrzelić przeciwnika, zanim ten w ogóle dostrzeże amerykański samolot. Większość z tych rzeczy zapewnia mały superkomputer, który jest ważniejszy od pilota. Pomyślicie sobie “Niemożliwe, komputer ważniejszy od pilota? Bzdura”. Niestety, bez pomocy pokładowego blaszaka, F-22 nie byłby w stanie oderwać się od ziemi. Steruje dyszami wylotowymi silników, dowodzi genialnym laserem oraz pomaga w locie. Pilot, bez jego pomocy, straciłby panowanie w ułamku sekundy. Projekt płatowca, mimo że genialny, ma jedną wadę – niesamowicie niestabilny. Zadaniem komputera jest stabilizacja maszyny w czasie tak krótkim, że niemożliwym do osiągnięcia przez ludzki organizm. Człowiek dla tej maszyny jest ZA WOLNY.
Kolejnym, niebywale ważnym krokiem, jest bezzałogowy samolot zwiadowczy Predator. Jest to chyba pierwsza maszyna na świecie, do której sterowania NIE potrzebny jest człowiek. Jest to połączenie świetnych autopilotów (które bez problemu potrafią latać wg. zaznaczonych punktów na mapie, a nawet lądować) z czymś zupełnie nowym, do tej pory niespotykanym. Ciężko powiedzieć, czy Predatorem zarządza jeszcze program, czy już sztuczna inteligencja. Nie wiem, jak to działa, jednak sprawdza się dobrze. Na zamieszczonym zdjęciu widać wersję większą, od pierwotniej, i przede wszystkim: uzbrojoną. Mógłym się zapytać “gdzie jest wasz bóg teraz”? Kto jest w stanie wyobrazić sobie, że może zabić go samolot bez pilota, któremu jakiś technik wklepał odpowiednie dane i parametry, informatyk zaprogramował, a dowódca tylko wcisnął przysłowiowy enter? Inteligentna maszyna wypuszcza inteligentną bombę, która niszczy tylko Twój dom, sąsiada nawet nie odrapując. Wspaniała idea, szczególnie dla ludzi, którzy boją sie komputerów.
Jest jeszcze jedna rzecz… o niej wspomina się bardzo rzadko. Kiedyś, dawno temu, w stajni id Software powstała gra. Swego czasu hit, jednak później wyszedł Unreal. Po jakimś czasie, do tej gry ktoś stworzył boty, żeby trenować do rozgrywek sieciowych. Nie mam pojęcia kto je programował, i nie wiem, jak wyglądał ich kod źródłowy, jednak przy ich ustawieniu na “adapting” komputer zaczynał myśleć. Nigdy nie popełniał dwóch takich samych błędów, po prostu uczył się. Niektórzy uważają, że był to zaczątek sztucznej inteligencji. Ciężko mi powiedzieć, jednak gdyby taki program miał odpowiednie środki i możliwości, z pewnością zawładnął by internetem. Niestety, albo dla niektórych “na szczęście”, na razie ludzkość jest elektronicznie niedorozwinięta. Bzdura? Poczekajmy…
Obecnie trwają także prace nad aktywnym pancerzem; jest to dość nowy wynalazek, pomysł jednak ma już ponad pół wieku. Dzięki postępującej miniaturyzacji można zmieścić komputer, baterie, siłowniki oraz resztę urządzeń na ciele żołnierza, a także w plecaku. Zapewni on żołnierzowi to, czego dzisiejsze pole walki wymaga najbardziej, czyli koordynacja z innymi jednostkami, ultralekki pancerz, wzmocnienie siły mięśni, komfort, ale przede wszystkim: komputer oraz kamery. Kto oglądał film “Predator”, zapewne pamięta tryby widzenia hełmu tej istoty. Tego typu pancerze także będą w stanie robić takie rzeczy… no może nie w zakresie pełnego spektrum, jednak promieniowanie podczerwone na pewno – żeby ułatwić widzenie w nocy. Poprzez połączenie broni z hełmem, a także wsparcie komputera pokładowego, operator będzie niesamowicie celny – jego rola zapewne sprowadzi się tylko do naciśnięcia spustu. Komputer pewnie też będzie pobierał informacje z satelit, uzyskane wcześniej przez pojazdy zwiadowcze (o ile te nie wykonają zadania naszego żołdaka, przed nim samym). Nie wiem, co jeszcze taki kombinezon będzie umożliwiał – śmiertelnicy także się nie dowiedzą.
Świat jednak niedawno obiegła informacja, że amerykanie opracowali materiał rozpraszający promieniowanie elektromagnetyczne nie tylko w zakresie radiowym, ale także widzialnym. Co to oznacza? Kamuflaż aktywny, znany głównie z SF.
Każdy, kto kiedykolwiek interesował się grami FPP (które obecnie, nie wiedzieć czemu, nazywamy FPS, czym kiedyś określało się ilość klatek na sekundę), słyszał o serii gier Halo. Kto powiedział, że to ma być tylko fikcja? To nie fikcja, to rzeczywistość! Amerykanie sami się przyznają, że chętnie do wojska przyjmują ludzi, którzy mają duże doświadczenie z grami komputerowymi, szczególnie strzelankami i symulatorami lotu. Nie, nie potrzeba obecnie super sprawności fizycznej, czy odpornego organizmu. Te czasy minęły podczas Wojen Napoleońskich i Wiosny Ludów. Dziś potrzeba ludzi, którzy nie będą przystojnymi ułanami. Żołnierz jutra to przedewszystkim praca zespołowa, a dopiero później nadzwyczajny refleks, umiejętność natychmiastowego wycelowanie w głowę czy zabicie przeciwnika jednym strzałem. Potrzeba pilotów, którzy w łatwy sposób opanuje pełną komputeryzację maszyny, a nawet zdalne sterowanie – bo dobry pilot jest warty tylu maszyn, ile będzie w stanie zestrzelić. Nowoczesna armia potrzebuje także hakerów, którzy będą wprowadzać zamieszanie w sieci nieprzyjaciela. Przy okazji; czy tek kostium chociaż odrobinę nie przypomina wynalazku Tonego Starka, czyli Iron Man’a?
Armia jutra będzie zupełnie różniła się od dzisiejszej, ale o tym w kolejnym odcinku.
… dzień mógłbym spisać na straty, lecz wtedy do mych drzwi zapukała piękna kobieta
W taki oto sposób mógłby się zacząć kolejny, nudny jak flaki z olejem, przewidywalny jak “Moda na Sukces”, kryminał umiejscowiony w latach ‘30 XX wieku.
Na szczęście, era prywatnych detektywów w prochowcach i kapeluszach minęła dawno temu. Obecnie większość wygląda całkowicie niepozornie, ew. kawał z nich chłopa, jeżeli dorabiają w ochronie. XXI wiek obfitował pewnie będzie w cyber-detektywów, których jedynym zadaniem będzie odszukiwanie prawdziwych tożsamości danych jednostek. Co raz więcej ludzi przyjmuje inne tożsamości, w tym jakże przepastnym uniwersum, więc i zapotrzebowanie na łowców również będzie duże. Ciekawe, do jakich metod posuną się, i jakie zezwolenia dostaną.
Jeżeli jednak powstała by licencjonowana szkoła dla detektywów internetowych, z pewnością tam bym się zapisał.
-
Archiwa
- grudzień 2008 (1)
- listopad 2008 (2)
- październik 2008 (2)
- wrzesień 2008 (1)
- sierpień 2008 (8)
- lipiec 2008 (9)
- czerwiec 2008 (4)
-
Kategorie
-
RSS
Wpisy RSS
Komentarze RSS


