Archiwum z lipiec, 2008|Strona archiwum miesięcznego

niewiele mam sił i cierpliwości

Ktoś, kiedyś powiedział, że “Kobieta to podnieta, narkotyk i obiekt żywej nienawiści”. Kto umie używać google.com, albo innej przeglądarki internetowej, łatwo dowie się, kto był owym magikiem pióra.

Swoją drogą – autor tego zdania, aktualnie niemal zapomniany, w tych kilku zdaniach uchwycił sens tak uniwersalny, że aż bolesny. Nie ma chyba osoby* na świecie, która by się z tym nie zgodziła (*chyba że kobieta).

Jak to jest możliwe, może jest ktoś na tyle mądry, że mi odpowie na pytanie, dlaczego kobiety tak bardzo różnią się od mężczyzn? Z jednej strony jest to niesamowicie podniecające, bo męski świat jest skomplikowany jak konstrukcja cepa. Dla mężczyzn to normalne, natomiast dla kobiet – cóż. Chyba jedna z zagadek jestestwa, niewiele ustępująca tym, które dotyczą życia po śmierci czy istnienia (jakiegoś) bóstwa. Jestem ciekaw, jak to wygląda z drugiej strony – oto one same, nieżadko wywyższając się nad mężczyzn, gardzą nami mówiąc, “jacy to my jesteśmy prostaccy”. Ciekawe, że z ich perspektywy, jako tych lepiej rozwiniętych, powinny umieć dostrzec nasz prosty świat o wiele łatwiej, niż my jesteśmy w stanie wyobrazić sobie ich.

Może faktycznie, genetycy mają racje? Mózg kobiety i mężczyzny to nie to samo. Czytałem gdzieś (a dokładnie pamiętam gdzie i kiedy), że testosteron pozytywnie stymuluje jego pracę, natomiast estrogen… cóż… obniża wydolność umysłową. Wszystko podparte było badaniami naukowymi wśród różnych kategorii wiekowych. Kobieco wyglądający mężczyźni i męsko wyglądające kobiety to “wybryki natury”, które ciężko zakwalifikować do czegokolwiek. W przyrodzie już homoseksualizm jest hm… spotkałem się kiedyś z teorią, iż orientację seksualną dziecko nabywa w łonie matki, tj. kiedy już wykształci się płeć, a w krwioobiegu dziecka znajduje się za mało testosteronu, wtedy dziecko będzie miało pociąg do mężczyzn, bez względu na płeć. Z nadmierną ilością tego hormonu sytuacja ma się podobnie – dziecko, jako dorosła jednostka dowolnej płci, będzie preferować kobiety…
Nie wiem, na ile to jest prawdziwe, jednak faktycznie, z moich ogólnych obserwacji można dojść do wniosku, iż w tym faktycznie coś może być (np. to, że NAWET w kulturze masowej utarło się spostrzeżenie, iż lesbijka głubią gęsią nie jest, natomiast geje – daleko odbiegają standardami, nawet intelektualnymi, od reszczy męskiej społeczności).
Nie mnie jest jednak to oceniać – nie posiadam wystarczającej wiedzy, aby podejmować sądy w tej dziedzinie.

Dzisiaj, a właściwie wczoraj, naszła mi myśl, skąd u kobiet taki pociąg do skończonych kretynów. Pod moim oknem zatrzymało się Cinquecento, albo inny, podobny wechikuł. Wysiadło z niego trzech “męskich” łebków, i zaczęło dysputować “jakimi to oni są macho”. Jeden zaprezentował swą sprawność fizyczną (wykonał skończoną ilość ćwiczeń zwanych ‘pompkami’), aż wtem, jeden próbował zabłysnąć wiedzą. Skierował uwagę towarzyszy ku połudoniowemu niebu, gdzie obecnie najjaśniejszym obiektem jest Jowisz, i pytał się ich, czy widzą tę GWIAZDĘ. Żaden problem, jestem w stanie wybaczyć im tę ignorancję – nie każdy musi wiedzieć, że to ciało niebieskie nie promieniuje najbardziej w paśmie światła widzialnego. Nie każdemu jest dane posiadać wiedzę taką, jak mnie. Najbardziej mnie jednak zabolało stwierdzenie, że ta ‘gwiazda’ przemieściła się w ciągu nocy po całej sferze. NA BOGÓW, LITOŚCI! Aż tak niebywałej indolencji umysłowej spodziewałbym się u niedorozwiniętego płodu, ale nie u ludzi, którzy wyglądali na pełnoletnich! Mogę wybaczyć im to, że nie wiedzą, że oś Ziemi nachylona jest do ekliptyki pod kątem 23* i kilkunastu minut, w związku z czym niektóre obiekty nie są widoczne całą dobę (albo fragment) na niebie. Mogę wybaczyć im także nieznajomość podstawowych, najjaśniejszych gwiazd takich jak Kapella czy Arktur. Są to obiekty o dość podobnym kolorze do Jowisza, więc i to mogę im wybaczyć. Więc w czym twki moje zauroczenie ich kretyństwem? Żadne ciało niebieskie, które nie jest satelitą, czy też innym bliskim obiektem, nie jest w stanie wykonać pełnego obiegu, w okół osi Ziemi, w czasie krótszym niż 24 godziny!

Mogę takim ludziom wybaczyć podstawowe braki wiadomości z takich nauk jak matematyka, fizyka, chemia czy astronomia. Ale żeby nie potrafić połączyć dwóch prostych faktów ze sobą? Nie po to ludzkość budowała Stonehedge, nie tworzyła map nieba i katalogów gwiazd, nie po to Kopernik wydawał swe dzieło tuż przed śmiercią, bo bał się inkwizycji, nie po to setki tysięcy astronomów pracowało przez olbrzymie interwały swego jakże drogocennego życia, by teraz jacyś trzej debile sprowadzali osiągnięcia CAŁEJ (bo inaczej tego nie określę) ludzkości do prarteru. Bolesne jest także to, iż swą głupotą zapewne sprowadzą kilka głupich cip do łóżka, bo te polecą może nie tyle na ich wiedzę, co tandetny sposób bycia.

Nie dziwię się autorowi cytowanego przeze mnie zdania. Kobiety się kocha i pragnie, ale za razem nienawidzi się je tylko i wyłącznie za to, że takie są.

Czy trzeba więcej komentować?

Ciąg dalszy o Europro

W dniu dzisiejszym, zakończyły się w Słupcy Europrowincjonalia, zwane oficjalnie Imprezjami.

Jedynym filmem, który obejrzałem w sobotę był Motyl i Skafander. Film, jak na częściową biografię, bardzo dobry. Dlaczego częściową? Bo opowiada o życiu sparaliżowanego po wylewie bohatera, który tylko dzięki jednemu oku, był w stanie napisać książkę “Skafander i Motyl”, opowiadającą o jego losie. Film powstał właśnie na podstawie książki.
Później były niby “4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni”, aczkolwiek nie miałem ochoty tego oglądać.

Niedzielnych filmów w ogóle nie miałem ochoty oglądać. “Katyń” – nigdy w życiu nie mam zamiaru obejrzeć tego filmu. Dlaczego? Bo to żałosne. Nie mają o czym w Polsce kręcić, tylko ciągle w kółko filmy historyczne i ekranizacje powieści? Oczywiście, niektórzy powiedzą, że to patriotyczny obowiązek obejrzeć ten film (tak samo, jak cały chłam o JP202). Pierdzę w ich kierunku. Każdy przecież dokładnie wie, jak to wszystko wyglądało i się odbywało. Gdyby to był fabularyzowany dokument (jak Sensacje XX wieku), albo luźna interpretacja (300), albo nie wiem… coś, co mogło by zaskoczyć (Wielka Ucieczka). Wajda przedstawia jednak banalą historię, która nie wiem czego ma uczyć. Może tego, że strzał w tył głowy jest bardzo humanitarną śmiercią, bo człowiek nie wie nawet, że umiera, i nawet nie odczuwa bólu? Może właśnie tego.
Dzisiaj miały być także 2 inne filmy (“Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj” oraz “Fałszerze”), jednak burzowa pogoda zapewne pokrzyżowała plany organizatorów.

Ciąg dalszy o Europro

… ach, ta nowomowa. Ze wszystkich wynalazków socjalizmu, ten jest chyba najbardziej przydatny. Ale nie o tym.

Dziś czas na relację z wtorku, środy, czwartku i piątku

Wtorek:
Butelki Zwrotne – genialna czeska komedia; świetny wybór na nudny wieczór.

Ładunek 200 – ciężki, typowo męski, dramat psychologiczny. Także opowieść o końcu Związku Radzieckiego.

Zgon na Pogrzebie – bardzo dobra komedia brytyjska. W skrócie mógłbym powiedzieć, że używanie halucynogenów na pogrzebie nie kończy się dobrze.

Ostatniego w tym dniu filmu, czyli Import/Export, nie oglądałem

Środa:
Sztuczki – bardzo ciekawy polski film. Na uwagę zasługuje wybór lokacji (Wałbrzych) – jednym z głównych motywów jest most kolejowy, dumnie wiszący nad miastem

Wygnanie – kolejny, ciężki film. Film trwał 150 minut, jednak fabułę można by zmieścić w ciągu pół godziny. Genialne zdjęcia

Once & Półksiężyc – na te filmy nie chiało mi się iść. Byłem zbyt zmęczony

Czwartek:
Miłość w czasach zarazy – ciężko cokolwiek powiedzieć mi o tym filmie. Typowa bajka o miłości, z typowym happyendem (fabuła bardzo przypominała tą, którą znamy ze Złotopolskich). Chłopak zakochuje się we włościance, jednak jej ojciec nie zgadza się na małżeństwo córki z gołodupcem. Kiedy pojawia się w jego życiu lekarz, któremu córka wpada w oko, postanawia córę godnie wydać za mąż, mimo jej protestów. Nie była z nim szczęśliwa; zdradzał ją i się przyznawał. Kiedy umiera, ten pierwszy zakochany, ponownie próbuje dobrać się do jej serca, i mu się to udaje. Pojawia się także kilka całkiem dobrych żartów. Raczej strata czasu, chyba że idzie się na randkę.

Nie kłam kochanie – tego filmu nie oglądałem, z dwóch powodów. Jednym z nich jest sam fakt tego filmu, drugi to tłum, który ten film zapragnął obejrzeć. Jako że tłumów nie lubię, szczególnie prostackiego motłochu, który wielbi katować swą inteligencję takimi produkcjami.

Czas na gwóźdź imprezy, czyli koncert Kombajnu do Zbierania Kur po Wioskach. Cóż można o nich powiedzieć oprócz tego, że są genialnym zespołem?
Niestety byli “tylko” supportem dla najbardziej żenującego polskiego zespołu męskiego, czyli Feel. Jako że motłoch napalił się wyłącznie na tę kapelę, ludzie zawiedli się, kiedy Paweł Gogołek wylazł na scenę i zapowiedział właśnie Kombajn. W trakcie ich koncertu, gdzie pojawiły się największe hity (Warszawa, Połączenia), miejsce znalazła także piosenka z nowej płyty. Wokalista (Marcin Zagański) nie raz dał upust swemu poczuciu humoru, i subtelnie obraził fanów Feela oraz sam zespół. Brawa dla niego za to! Szkoda tylko, że fani Kombajnu stanowili zaledwie ułamek wszystkich obecnych na Starym Stadionie, gdzie całe wydarzenie się odbywało.
Kiedy zakończyli, chałastra chyba odetchnęła ulgą, bo oznaczało to tylko jedno – niedługo pojawi się FEEL. Klękajcie narody, największy polski zespół śpiewa! Szczerze żałuję, że tak wielu ludziom podoba się ich ‘tfurczość’. Z drugiej strony – może to i dobrze, bo czym mógłbym się szczycić pośród ludzi upośledzonych muzycznie, jak nie wiedzą o tym, co oni słuchają? Oczywiście daleko mi do moich znajomych z reżyserii dźwięku, z akustyki (Wydział Fizyki UAM), jednak swoje w życiu przesłuchałem, uczyłem się od najlepszych (Piotr Kaczkowski, Marek Niedźwiecki, Wojciech Mann, Jan Ptaszyn Wróblewski, Janusz Deblessem).
Może słucham muzyki ekstremalnej, jednak wydaje mi się że potrafię rozróżnić muzykę od chłamu, którym częstują nas menedżerowie i komercyjne stacje muzyczne radiowe, jak i telewizyjne.

Piątek:
Zrobiłem sobie wolne. Dwa Dni w Paryżu to nie jest film, którego tematyka zachęciła by mnie w stopniu wystarczającym, aby przejść się do kina. Godnym uwagi filmem było XXY, dramat argentyński. Wieczorem były projekcjie jakiegoś dokumentu o Rolling Stones i film (gówniany, szczerze) pt. Sierociniec, jednak w międzyczasie rozpętała się burza, i chyba odwołano wyświetlanie.
Osobiście wolałem pobiegać po Wybrzeżu Mieczy (pozdro dla tych, którzy wiedzą o co biega).

(Euro)Prowincjonalia letnie, czyli Imprezje 2008

Słupca podobna z charakteru jest zupełnie do żadnego miasta na świecie.

To jest chore, że w ponad 16-sto tysięcznej miejscowości, w znakomitym położeniu geograficznym, nie dzieje się praktycznie nic. Niby leżymy nad jeziorem (które aktualnie pięknie kwitnie na brązowo), które rozpoczyna piękny ciąg akwenów. Niby leżymy blisko Warty, i to w przepięknym regionie, bo akurat w naszej okolicy rzeka ta utworzyła wspaniałe starorzecze. Niby leżymy nieopodal jednej z dwóch najważniejszych tras kolejowych w Polsce (wg. mnie najważniejszej, bo tej wschód-zachód), i do autostrady A2 też jest kawałek… ale czy czyni to ze Słupcy miasto szczególne? Niestety NIE.
Zapomniałem jeszcze dodać o cieszącym się złą sławą szpitalu.

Kiedyś, a w zasadzie całkiem niedawno temu, odbywał się tu Ogólnopolski Festiwal Sztuki Filmowej “Prowincjonalia”. Festiwal przeniesiono do Wrześni, bo ich twórca (któremu kij w oko) zwietrzył tam większe pieniądze. Lokalni włodarze, zapatrzeni na to, ile który zarabia, i dlaczego więcej od niego, nie mieli czasu, aby coś z tym zrobić.
We Wrześni festiwal nabrał rozmachu, i jest jedną z ważniejszych imprez tego typu w Polsce (kina niezależnego), a na pewno jedyną o tej porze roku (koniec stycznia, początek lutego).

To też wymyślono Europrowincjonalia, zwane od roku Imprezjami. Osobiście uważam, że ta pierwsza nazwa jest dużo lepsza, inni pewnie też – zanim dokonano zmiany, seanse potrafiły wypełnić salę kinową. Kiedy jednak kino jest w remoncie, a MDK występuje gościnnie gdzie się da (muzeum, szkoła muzyczna)… cóż. Ja na to nic nie poradzę. Moim skormnym zdaniem nazwa “Imprezje” jest chujowa. Ni z gruszki, ni z pietruszki. Wymyślona jakby z nienacka, jeszcze bardziej tendencyjna od Europrowincjonaliów. Na to także nie mam wpływu.

Czas jednak na to, co się działo dziś.

Pierwszym filmem był Control, opowiadający o życiu Iana Curtisa, wokalisty “Joy Division”. Film charakteryzował się tym, że główny bohater ciągle palił papierosy. Oprócz muzyki, i faktu że w UK są identyczne bloki jak w Polsce, nie zwróciłem na nic więcej uwagi. Film jednak oglądało się całkiem przyjemnie.

Drugą pozycją tego dnia były francusko-izraelskie Meduzy. Mimo wszystko, bardzo ciekawy film. Nie był on jakoś wybitnie skomplikowany, jednak kilka rozwiązań fabularnych bardzo mi się spodobało. Film nastraja bardzo optymistycznie, a jako mój wkład mogę dodać, że Izraelki są nadzwyczajnie piękne. Nie wiem, czy w mej krwi płyną krople Azji, jednak bliskowschodnie dziewczyny mają “to coś”, czego europejkom brakuje…

Później był jakiś wernisaż, ale nie chciało mi się na niego iść

O 22:00, w miejskim amfiteatrze, rozpoczęto plenerowe projekcje kolejnych, zaplanowanych na dziś filmów. Jako pierwszy poszedł Sen Kasandry, który nieco mnie zawiódł. Typowo moralizatorska opowieść o dobru i złu, naszpikowanym gwiazdami, przez gwiazdę reżyserowany i napisany. Gdybym nie wiedział, że maczał w tym palce Woody Allen, nigdy bym na to nie wpadł. Strasznie też drażni napis, znajdujący się na plakacie filmu, czyli “Najlepszy film Allena”. Bzdura jakich mało. Mogli by nie kpić z ludzi.
Myślą przewodnią filmu mogło by być zdanie “Jak kupisz łódkę, to nie zmieniaj jej nazwy, bo to przynosi pecha”.

Ostatnim tego (a właściwie pierwszym filmem następnego) dnia była czeska komedia Wycieczkowicze. Film ciekawy, jednak niezachwycający. Komedia o czeskich wczasowiczach; film równie dobrze mógłby być o polakach, bo w sumie niewiele różnią się nasze oba narody. Cieszy także wysublimowany humor Czechów – nie jest tak agresywny, jak to w polskich komediach bywa.

I to by było chyba na tyle, jeżeli chodzi o relację z I. dnia Europrowincjonaliów 2008.

PS Wpis sponsorowany przez markę Żubr

“Mężczyźni wolą zołzy”


Tak jak w temacie – spokojne i grzeczne dziewczyny są po prostu nudne.

Moja postać z gry Neverwinter Nights – antypaladynka, neutralna zła

Prawdziwa wiara?


dalej bracia ramię w ramię
wiara ojców w nas przeżyła
w proch zmieciemy obcą armię
co tu z krzyżem nam przybyła
(Piorun – Do Boju!)

Nie ma chyba lepszego sposobu opisania tego, co aktualnie myślę. Zdaję sobie sprawę z faktu, że nie jest to zbyt popularny trend w obecnych czasach. Obecnie Perun praktycznie nic nie znaczy – to tylko słowo. Osobiście uważam jednak, że jest zupełnie inaczej – to chrześcijański bóg nie posiada mocy. Oczywiście można powiedzieć, że wszystko zostało stworzone przez niego, i że on tym przewodzi. Z punktu widzenia obecnych czasów jest to totalna bzdura, gdyż (mniej więcej; może czasami mniej, ale) w XXI nauka stoi na zdecydowanie wyższym poziomie, niż w okolicach XVIII wieku p.n.e., kiedy to pastuchowie i koczownicy z okolic Niniwy, uznali Ihwh za Jedynego i Słusznego Boga. Swoją drogą, podobnie uczyniono w państwach arabskich, gdzie Allaha niejako wyłoniono z gromady bogów.

Obecnie, wg. naszej wiedzy, Bogowie nie posiadają żadnej mocy. Można im oddać spełnianie funkcji chaosu, jednak ludzie tego nie lubią – wolą mieć jakieś profity z modłów. Kiedy jeszcze byłem katolikiem, nie prosiłem o nic. Dziękowałem za to, co otrzymałem od Ihwh. Zdaję sobie sprawę, że nie byłem w takim sposobie myślenia odosobniony, ale pewnie i tak stanowiłem mniejszość. Po co się modlić, jeżeli nic to nie przynosi? Żeby to było jak test na szczęście, nawet K20.

Kiedy za wszystko odpowiada chaos, ich modły mogą się spełnić, lub nie. Zawsze jest fajnie myśleć, że ktoś czuwa nad naszą marną egzystencją. Dlaczego jednak musi być to byt tak abstrakcyjny jak np. hebrajski Ihwh? XXI wiek to era komputerów, elektroniki i internetu. W codziennym życiu coraz mniej pojawiają się odwołania do naszego dziedzictwa. Czy ktoś byłby w stanie wymienić święta słowiańskie? Dokładnie pokrywają się z katolickimi. Skoro więc świętujemy to samo, i nawet w ten sam spsoób, to dlaczego wierzymy w dwie zupełnie inne religie? To ciężkie do zaakceptowania, że Mieszko tak ochoczo wyparł się wiary Ojców. Zaprzeczyć temu faktowi nie sposób – to, że katolicyzm rozprzestrzenia się jak zaraza (przynależność do niego człowiek uzyskuje w okolicach 30 dnia życia gdzie tu wybór?!), to i jeszcze nie pozwala innym wierzeniom na istnienie, gdyż jednym z jego założeń jest nakłonienie “innowierców” do przejścia na “wiadomą” wiarę.
Dopiero w wieku 20 lat zdałem sobie sprawę, w co chciałbym “wierzyć”. Nie mam tu na myśli wiary typowej, czyli uznawanie wyższości jakichś istot nad moim, czy też jakiejś nadnaturalnej pomocy. Szkoda, że tak późno myślący człowiek ma prawo do wyboru, a co dopiero uczynić mają ci “niemyślący”. Dla nich sprawa jest jasna – odklepią swoje modły, nie zwrócą nawet uwagę co robili i położą się spać w nadziei, że dostąpią łaski boskiej.

Ja zaprzeczam, świadomie i publicznie wypieram się takiego postępowania. Jako człowiek uznający wyższość nauki nad wierzeniami, nie mogę zgodzić się na dobrowolne oddawanie czci czemuś, czego nie ma. Czymś zupełnie innym jest “wiara” w pradawne bóstwa słowiańskie. Tu mam do czynienia z wiarą w każdym momencie życia – niby detale, na które już dawno przestaliśmy zwracać uwagę. Dla przykładu – bardzo szybka reakcja pamięci krótkotrwałej, czyli jak kładziemy gdzieś klucze, a później nie pamiętamy, gdzie one są. Nie łatwiej zrzucić to na chochliki? Albo przypadkowo znalezione drobne… powodów jest wiele. Inny przykład – Połódnice, Utopce etc. dlaczego skurczu złapanego w jeziorze nie można nazwać Utopcem? Przecież to idealny powód!
Człowiek odczuwa instynktowny lęk przed nocą, szczególnie w lasach. Dlaczego nie zrzucić tego na obecność Strzyg? No i w końcu zjawiska pogodowe – o ile lepszym wytłumaczeniem dla błyskawic jest gniew Peruna, niż wyładowanie elektrostatyczne, powstałe na skutek zbyt dużej różnicy potencjałów elektrycznych między chmurami a Ziemią? Oczywiście tylko ta druga wersja jest poprawna, jednak mimo wszystko, ludzie przeważnie boją się błyskawic. Nie ukrywam, należę także do nich. Nie boję się wysokości, owadów etc, natomiast burza wywołuje u mnie pewien pierwotny lęk, przed którym nie ma ucieczki. Nie boję się, że zostanę trafiony, a moje ciało wyparuje – tak nie jest. Boję się, że zostanę porażony prądem o bardzo wysokim natężeniu, co wywoła częstoskurcz, lub nawet zatrzymanie akcji serca. Jako że zazwyczaj przebywam sam, w miejscach odludnych, z pewnością bym umarł.

Dlaczego więc nie powiązać świata, jaki nas otacza, z religią o bardzo prostych zasadach, jak to uczynili nasi Ojcowie, tylko modlić się do jednego z bogów semickich? Słowianie nie są gorsi – potrafimy równie wiele, a moim skromnym zdaniem, nie ma na tej planecie ludu waleczniejszego i bardziej bitnego, jak my.

Posąg Swarożyca znajdujący się na Wawelu w Krakowie

Mam moc (Słowian)

Tak cyniczny, ironiczny, zły, brutalny i jeszcze kilka innych określeń nie byłem od dawna. Może to z faktu, iż ostatnio energii dodaje mi ekstremalne elektro? Dla odmiany włączyłem sobie Amon Amarth, czyli zespół typowo melodic death metalowy, z niezłą nutką viking metalu. Co mogę stwierdzić po tym mistycznym doświadczeniu? Żałuję, że nie żyję w XI wieku.
Wtedy były czasy – wszędzie lasy, pełno dzikich zwierząt, życie w ekstremalnych warunkach, wszyscy wyznawali Bogów Prawdziwych i złorzeczyli na chrześcijaństwo (z resztą słusznie), a obcokrajowców nazywano Niemcami – bo tylko z nimi graniczyliśmy (no i jeszcze Bizancjum na południu, ale to inna bajka). Wtedy mężczyźni byli mężczyznami, a kobiety kobietami – każdy dokładnie wiedział, jaka jest jego rola w społeczeństwie, do czego został urodzony, i w jaki sposób umrze. Pod tym względem Słowianie może byli dość zaborczy, ale do czasu wprowadzenia chrześcijaństwa bardzo się sprawdzało.

Zapytacie skąd zafascynowanie kulturą słowiańską? Po co mam cieszyć się na widok samurajów, wikingów czy Krzyżaków z mieczami dwuręcznymi. Dla mnie kultura czysto polska skończyła się w 966 roku. Wtedy staliśmy się (niestety) rubieżą rzymsko-katolickiej Europy, co oznaczało tylko jedno – wojny. Tych było tyle, że spokojnie obdarowalibyśmy nimi kilka małych państewek.

Osobiście także uważam, że nie mamy prawa, aby zapatrywać się na kraje europy zachodniej. Dlaczego? Oni nami gardzą. My, w dawnych czasach, nazywaliśmy się Słowianami, bo mówiliśmy w tym samym języku. Wiecie, skąd pochodzi słowo “slave”, oznaczające w angielskim ‘niewolnika’. Karol Wielki pojechał raz do Bułgarii, skąd przywiózł mnóstwo niewolników. Wytworzył się wtedy synonim, wg. którego Słowianin to niewolnik. Jeżeli ktokolwiek ma choć odrobinę dumy, powinien równie gardzić językami romańskimi. Niestety nikt nie przekona młodych ludzi do tego, aby uczyli się języków regionalnych…

Mnie, i mi podonym zostaje jedynie marzenie o Unii Wszechsłowiańskiej, którego odległym echem jest Hymn Wszechsłowiański (melodia Mazurka Dąbrowskiego)

Hej Słowianie, jeszcze nasza
Słowian mowa żyje,
póki nasze wierne serce
za nasz naród bije.

Żyje, żyje duch słowiański,
i żyć będzie wiecznie,
Gromy, piekło – złości waszej
ujdziem my bezpiecznie!

Dar języka zwierzył nam Bóg,
Bóg nasz gromowładny.
Nie śmie go nam tedy wyrwać
na świecie człek żadny.

Ilu ludzi, tylu wrogów,
możem mieć na świecie,
Bóg jest z nami, kto nam wrogiem,
tego Piorun zmiecie!

I niechaj się ponad nami
groźna burza wzniesie,
skała pęka, dąb się łamie,
ziemia niech się trzęsie.

My stoimy stale, pewnie,
jako mury grodu.
Czarna ziemio, pochłoń tego,
kto zdrajcą narodu!

Krzaczory językowe, czyli…

używanie obcojęzycznych wstawek, zupełnie bez sensu, a na pewno bez kontekstu. Ile w końcu można małpować z innych narodowości? Nie po to moi przodkowie brali udział w konfliktach XX wieku, żeby teraz gównażeria gadała po angielsku gdzie tylko się da.
Nie mam tu na myśli rozmawiania w danym języku “na serio” (czyli załatwianie jakichś spraw albo trening), ale używanie angielskiego/hiszpańskiego/włoskiego (dlaczego akurat te dwa? o tym za słów kilka) niemal z premedytacją jest pozbawione krzty sensu! Oczywiście, można myśleć, że jeżeli znam kilka słów po angielsku jestem fajny. Ubolewam niezmiernie nad faktem, że większość takich ludzi nie ma pojęcia o ichniejszych frazeologizmach, i słowach bardziej wysublimowanych. Wyobraźcie sobie poprzednie zdanie tłumaczone łamanym angielskim, a mianowicie “słowo w słowo” – gorsze nawet od występu Edyty Górniak na Mistrzostwach Świata 2002.

Niestety niektórzy ludzie nie są w stanie zrozumieć, że Polski jest jednym z najtrudniejszych języków świata, i nie ma potrzeby zniżnać się do poziomu takich np. anglików, niemców, francuzów, włochów czy rumunów (języki romańskie są raczej proste), bo niby dlaczego? Wyzwaniem mogłyby być za to języki dalekowschodnie, niektóre narzecza afrykańskie czy języki ugro-fińskie.
Po co używać pałki, skoro umie się władać półtorakiem?

Niedawno spostrzegłem u siebię tę negatywną przypadłość. Postanowiłem jednak z tym walczyć, i jak na razie, oprócz typowo angielsko-amerykańskich cytatów i akronimów, nie używam języka Anglów i Saksonów zbyt często, w mowie codziennej. Może to dlatego, że ostatnimi czasy bardzo wzrosła u mnie wrażliwość na zaśmiecanie własnego języka? Śmiano się ze mnie nie raz, że dla mnie, jako wielkopolanina, na świecie jest wielkopolska i reszta świata. Może miał rację, bo regionalny nacjonalizm to coś, czego wielu ludziom brakuje (np. znajomość gwary poznańskiej).
I może popełniam mnóstwo błędów językowych, to jednak nieustannie staram rozwijać swą umiejętność posługiwania się językiem, którzy przecież jest dla mnie naturalnym.

Najlepszą rzeczą w mówieniu po angielsku nie jest nauka języka, ale pokazywanie światu, że dzięki temu jestem fajny.