(Euro)Prowincjonalia letnie, czyli Imprezje 2008
Słupca podobna z charakteru jest zupełnie do żadnego miasta na świecie.
To jest chore, że w ponad 16-sto tysięcznej miejscowości, w znakomitym położeniu geograficznym, nie dzieje się praktycznie nic. Niby leżymy nad jeziorem (które aktualnie pięknie kwitnie na brązowo), które rozpoczyna piękny ciąg akwenów. Niby leżymy blisko Warty, i to w przepięknym regionie, bo akurat w naszej okolicy rzeka ta utworzyła wspaniałe starorzecze. Niby leżymy nieopodal jednej z dwóch najważniejszych tras kolejowych w Polsce (wg. mnie najważniejszej, bo tej wschód-zachód), i do autostrady A2 też jest kawałek… ale czy czyni to ze Słupcy miasto szczególne? Niestety NIE.
Zapomniałem jeszcze dodać o cieszącym się złą sławą szpitalu.
Kiedyś, a w zasadzie całkiem niedawno temu, odbywał się tu Ogólnopolski Festiwal Sztuki Filmowej “Prowincjonalia”. Festiwal przeniesiono do Wrześni, bo ich twórca (któremu kij w oko) zwietrzył tam większe pieniądze. Lokalni włodarze, zapatrzeni na to, ile który zarabia, i dlaczego więcej od niego, nie mieli czasu, aby coś z tym zrobić.
We Wrześni festiwal nabrał rozmachu, i jest jedną z ważniejszych imprez tego typu w Polsce (kina niezależnego), a na pewno jedyną o tej porze roku (koniec stycznia, początek lutego).
To też wymyślono Europrowincjonalia, zwane od roku Imprezjami. Osobiście uważam, że ta pierwsza nazwa jest dużo lepsza, inni pewnie też – zanim dokonano zmiany, seanse potrafiły wypełnić salę kinową. Kiedy jednak kino jest w remoncie, a MDK występuje gościnnie gdzie się da (muzeum, szkoła muzyczna)… cóż. Ja na to nic nie poradzę. Moim skormnym zdaniem nazwa “Imprezje” jest chujowa. Ni z gruszki, ni z pietruszki. Wymyślona jakby z nienacka, jeszcze bardziej tendencyjna od Europrowincjonaliów. Na to także nie mam wpływu.
Czas jednak na to, co się działo dziś.
Pierwszym filmem był Control, opowiadający o życiu Iana Curtisa, wokalisty “Joy Division”. Film charakteryzował się tym, że główny bohater ciągle palił papierosy. Oprócz muzyki, i faktu że w UK są identyczne bloki jak w Polsce, nie zwróciłem na nic więcej uwagi. Film jednak oglądało się całkiem przyjemnie.
Drugą pozycją tego dnia były francusko-izraelskie Meduzy. Mimo wszystko, bardzo ciekawy film. Nie był on jakoś wybitnie skomplikowany, jednak kilka rozwiązań fabularnych bardzo mi się spodobało. Film nastraja bardzo optymistycznie, a jako mój wkład mogę dodać, że Izraelki są nadzwyczajnie piękne. Nie wiem, czy w mej krwi płyną krople Azji, jednak bliskowschodnie dziewczyny mają “to coś”, czego europejkom brakuje…
Później był jakiś wernisaż, ale nie chciało mi się na niego iść
O 22:00, w miejskim amfiteatrze, rozpoczęto plenerowe projekcje kolejnych, zaplanowanych na dziś filmów. Jako pierwszy poszedł Sen Kasandry, który nieco mnie zawiódł. Typowo moralizatorska opowieść o dobru i złu, naszpikowanym gwiazdami, przez gwiazdę reżyserowany i napisany. Gdybym nie wiedział, że maczał w tym palce Woody Allen, nigdy bym na to nie wpadł. Strasznie też drażni napis, znajdujący się na plakacie filmu, czyli “Najlepszy film Allena”. Bzdura jakich mało. Mogli by nie kpić z ludzi.
Myślą przewodnią filmu mogło by być zdanie “Jak kupisz łódkę, to nie zmieniaj jej nazwy, bo to przynosi pecha”.
Ostatnim tego (a właściwie pierwszym filmem następnego) dnia była czeska komedia Wycieczkowicze. Film ciekawy, jednak niezachwycający. Komedia o czeskich wczasowiczach; film równie dobrze mógłby być o polakach, bo w sumie niewiele różnią się nasze oba narody. Cieszy także wysublimowany humor Czechów – nie jest tak agresywny, jak to w polskich komediach bywa.
I to by było chyba na tyle, jeżeli chodzi o relację z I. dnia Europrowincjonaliów 2008.
PS Wpis sponsorowany przez markę Żubr
Żadnych komentarzy.
Zostaw odpowiedź
