Archiwum z sierpień, 2008|Strona archiwum miesięcznego

Pytanie z przeszłości i spóźniona odpowiedź

Czymże jest internet? Właśnie dowiedziałem się, że wspaniałą platformą niszczenia ludzkich poglądów. Każdego ich rodzaju.

Ktoś, kiedyś zapytał mnie, czy uważam kobiety za puste, tj. czy chodzi im wyłącznie o wygląd zewnętrzny mężczyzn LUB ich stan posiadania. Oczywiście wartość logiczna tego zdania to nie 1, ale 2. Spytacie: skąd ten wniosek?
Wartość logiczna o wartości 1 odpowiada typowej sumie obu składników, czyli wrodzona uroda + bogactwo. Im więcej urody, tym mniej bogactwa wymaga kobieta, a zarazem – im mniej urody, tym więcej majątku powinien posiadać hipotetyczny ojciec jej potomstwa.

Kiedy rzeczony obiekt, przedstawiciel niższej formy życia, niewolnik (czytaj: mężczyzna) posiada jedno i drugie, jego szanse wzrastają praktycznie wykładniczo, dążąc do magicznej sumy 2.

Wyjątki (jeżeli jakiekolwiek są, a przynajmniej jeden musi być na pewno), jedynie potwierdzają regułę. W tym miejscu zakładam jeszcze jeden warunek – musi istnieć CO NAJMNIEJ jeden wyjątek, żeby zasada była prawdziwa. Nawet najlepsze teorie, opisujące nasz wszechświat, mają jakieś zastrzeżenia, więc i tak musi być w tym przypadku.

Przedstawiam tu również “portrety” trzech ludzi:

Rock Hudson, niektórzy uważają, że w swym życiu miał ponad 10000 kobiet.

Marek Licyniusz Krassus – nieziemsko bogaty człowiek, miał tyle kochanek, z każdego regionu świata, ile zechciał.

Ja. Ani bogaty, ani przystojny. Potwierdzenie reguły, że “wnętrze jest dla kobiet najważniejsze”.

O cybernetyzacji ciąg dalszy

Zapewne większość ludzi zna historię Internetu – powstał jako sieć wojskowa, wiadomo. Obecnie, wojsko jest największym motorem postępu. By być bardziej drobiazgowym powiem, że armia Stanów Zjednoczonych Ameryki. Tak tak, drodzy państwo – jeżeli armia amerykańska się za coś bierze, to w ciągu kilku-kilkunastu lat, trafia to w ręce cywilów. Tak było z internetem, GPSem a nawet teflonem.

Jeżeli chodzi o cybernetyzację, to przede wszystkim mam na myśli dwie rzeczy, a właściwie dwa samoloty. Pierwszą z nich jest F-22 Raptor. Zapewne wielu słyszało o tym, że jest to pierwszy na świecie myśliwiec STEALH, kosztuje ponad 250 milionów złotych, posiada niesamowią konstrukcję płatowca oraz aktywne sterowanie wektorem ciągu, co zapewnia niesamowitą zwrotnośc. Wyposażony również w genialne radary, pozwalające zestrzelić przeciwnika, zanim ten w ogóle dostrzeże amerykański samolot. Większość z tych rzeczy zapewnia mały superkomputer, który jest ważniejszy od pilota. Pomyślicie sobie “Niemożliwe, komputer ważniejszy od pilota? Bzdura”. Niestety, bez pomocy pokładowego blaszaka, F-22 nie byłby w stanie oderwać się od ziemi. Steruje dyszami wylotowymi silników, dowodzi genialnym laserem oraz pomaga w locie. Pilot, bez jego pomocy, straciłby panowanie w ułamku sekundy. Projekt płatowca, mimo że genialny, ma jedną wadę – niesamowicie niestabilny. Zadaniem komputera jest stabilizacja maszyny w czasie tak krótkim, że niemożliwym do osiągnięcia przez ludzki organizm. Człowiek dla tej maszyny jest ZA WOLNY.

Kolejnym, niebywale ważnym krokiem, jest bezzałogowy samolot zwiadowczy Predator. Jest to chyba pierwsza maszyna na świecie, do której sterowania NIE potrzebny jest człowiek. Jest to połączenie świetnych autopilotów (które bez problemu potrafią latać wg. zaznaczonych punktów na mapie, a nawet lądować) z czymś zupełnie nowym, do tej pory niespotykanym. Ciężko powiedzieć, czy Predatorem zarządza jeszcze program, czy już sztuczna inteligencja. Nie wiem, jak to działa, jednak sprawdza się dobrze. Na zamieszczonym zdjęciu widać wersję większą, od pierwotniej, i przede wszystkim: uzbrojoną. Mógłym się zapytać “gdzie jest wasz bóg teraz”? Kto jest w stanie wyobrazić sobie, że może zabić go samolot bez pilota, któremu jakiś technik wklepał odpowiednie dane i parametry, informatyk zaprogramował, a dowódca tylko wcisnął przysłowiowy enter? Inteligentna maszyna wypuszcza inteligentną bombę, która niszczy tylko Twój dom, sąsiada nawet nie odrapując. Wspaniała idea, szczególnie dla ludzi, którzy boją sie komputerów.

Jest jeszcze jedna rzecz… o niej wspomina się bardzo rzadko. Kiedyś, dawno temu, w stajni id Software powstała gra. Swego czasu hit, jednak później wyszedł Unreal. Po jakimś czasie, do tej gry ktoś stworzył boty, żeby trenować do rozgrywek sieciowych. Nie mam pojęcia kto je programował, i nie wiem, jak wyglądał ich kod źródłowy, jednak przy ich ustawieniu na “adapting” komputer zaczynał myśleć. Nigdy nie popełniał dwóch takich samych błędów, po prostu uczył się. Niektórzy uważają, że był to zaczątek sztucznej inteligencji. Ciężko mi powiedzieć, jednak gdyby taki program miał odpowiednie środki i możliwości, z pewnością zawładnął by internetem. Niestety, albo dla niektórych “na szczęście”, na razie ludzkość jest elektronicznie niedorozwinięta. Bzdura? Poczekajmy…

Obecnie trwają także prace nad aktywnym pancerzem; jest to dość nowy wynalazek, pomysł jednak ma już ponad pół wieku. Dzięki postępującej miniaturyzacji można zmieścić komputer, baterie, siłowniki oraz resztę urządzeń na ciele żołnierza, a także w plecaku. Zapewni on żołnierzowi to, czego dzisiejsze pole walki wymaga najbardziej, czyli koordynacja z innymi jednostkami, ultralekki pancerz, wzmocnienie siły mięśni, komfort, ale przede wszystkim: komputer oraz kamery. Kto oglądał film “Predator”, zapewne pamięta tryby widzenia hełmu tej istoty. Tego typu pancerze także będą w stanie robić takie rzeczy… no może nie w zakresie pełnego spektrum, jednak promieniowanie podczerwone na pewno – żeby ułatwić widzenie w nocy. Poprzez połączenie broni z hełmem, a także wsparcie komputera pokładowego, operator będzie niesamowicie celny – jego rola zapewne sprowadzi się tylko do naciśnięcia spustu. Komputer pewnie też będzie pobierał informacje z satelit, uzyskane wcześniej przez pojazdy zwiadowcze (o ile te nie wykonają zadania naszego żołdaka, przed nim samym). Nie wiem, co jeszcze taki kombinezon będzie umożliwiał – śmiertelnicy także się nie dowiedzą.

Świat jednak niedawno obiegła informacja, że amerykanie opracowali materiał rozpraszający promieniowanie elektromagnetyczne nie tylko w zakresie radiowym, ale także widzialnym. Co to oznacza? Kamuflaż aktywny, znany głównie z SF.

Każdy, kto kiedykolwiek interesował się grami FPP (które obecnie, nie wiedzieć czemu, nazywamy FPS, czym kiedyś określało się ilość klatek na sekundę), słyszał o serii gier Halo. Kto powiedział, że to ma być tylko fikcja? To nie fikcja, to rzeczywistość! Amerykanie sami się przyznają, że chętnie do wojska przyjmują ludzi, którzy mają duże doświadczenie z grami komputerowymi, szczególnie strzelankami i symulatorami lotu. Nie, nie potrzeba obecnie super sprawności fizycznej, czy odpornego organizmu. Te czasy minęły podczas Wojen Napoleońskich i Wiosny Ludów. Dziś potrzeba ludzi, którzy nie będą przystojnymi ułanami. Żołnierz jutra to przedewszystkim praca zespołowa, a dopiero później nadzwyczajny refleks, umiejętność natychmiastowego wycelowanie w głowę czy zabicie przeciwnika jednym strzałem. Potrzeba pilotów, którzy w łatwy sposób opanuje pełną komputeryzację maszyny, a nawet zdalne sterowanie – bo dobry pilot jest warty tylu maszyn, ile będzie w stanie zestrzelić. Nowoczesna armia potrzebuje także hakerów, którzy będą wprowadzać zamieszanie w sieci nieprzyjaciela. Przy okazji; czy tek kostium chociaż odrobinę nie przypomina wynalazku Tonego Starka, czyli Iron Man’a?

Armia jutra będzie zupełnie różniła się od dzisiejszej, ale o tym w kolejnym odcinku.

… dzień mógłbym spisać na straty, lecz wtedy do mych drzwi zapukała piękna kobieta

W taki oto sposób mógłby się zacząć kolejny, nudny jak flaki z olejem, przewidywalny jak “Moda na Sukces”, kryminał umiejscowiony w latach ‘30 XX wieku.

Na szczęście, era prywatnych detektywów w prochowcach i kapeluszach minęła dawno temu. Obecnie większość wygląda całkowicie niepozornie, ew. kawał z nich chłopa, jeżeli dorabiają w ochronie. XXI wiek obfitował pewnie będzie w cyber-detektywów, których jedynym zadaniem będzie odszukiwanie prawdziwych tożsamości danych jednostek. Co raz więcej ludzi przyjmuje inne tożsamości, w tym jakże przepastnym uniwersum, więc i zapotrzebowanie na łowców również będzie duże. Ciekawe, do jakich metod posuną się, i jakie zezwolenia dostaną.

Jeżeli jednak powstała by licencjonowana szkoła dla detektywów internetowych, z pewnością tam bym się zapisał.

Subtelny i wyrachowany

Wielkokalibrowy Karabin Wyborowy “Tor”. Wszystkie potrzebne informacje można znaleźć na zdjęciu, wystarczy w nie kliknąć.

Najpiękniejszy polski wynalazek kilku ostatnich lat.

Szkoda, że nigdy nie trafi w moje łapy (a może to i nawet lepiej).

“Co robisz, Dave?”

Przyznać się, kto nie zastanawiał się nad zagadnieniem tzw. Sztucznej Inteligencji? To pierwszy z serii postów, w których umieszczę me przemyślenia na temat rozwoju człowieka.

Jeszcze kilkaset lat temu, latanie było absolutnym marzeniem, zarezerwowanym dla ptaków i czarownic. Obecnie to najszybszy, najtańszy i najbezpiecznieszy środek transportu masowego. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu, nikt nie wyobrażał sobie lotu na księżyc, czy też stałej załogi statku znajdującego się na orbicie. Dziś to standart – na ISS’ie już od kilku lat nieprzerwanie ktoś jest, i prowadzi badania. W dzisiejszych czasach, ludzkość mierzy się z kolejnym straszydłem – AI, Artificial Intelligence. Nie mam pojęcia, z czego to wynika… może z faktu, że ludzie nie ewoluowali w obecności innego, równie dobrze rozwiniętego gatunku? Może to i dobrze, że nie mieliśmy lepiej rozwiniętego od nas kuzyna, bo Neandertalczycy, rozwijający się równolegle do Homo Sapiens, przegrali walkę o ostateczną dominację na Ziemi.

Jesteśmy także sami, jeżeli chodzi o przestrzeń międzygwiezdną. W promieniu co najmniej 40 lat świetlnych nie ma żadnej cywilizacji, która by co najmniej dorównywała naszemu poziomowi rozwoju. Skąd o tym wiem? Ludzkość potrzebowa około 40 000 lat, żeby wytworzyć nadajniki radiowe, i radioteleskopy. W skali wszechświata jest to porównywalne do ułamku mrugnięcia okiem. Od momentu pierwszej radiowej emisji transoceanicznej, nasza planeta jest olbrzymią anteną, nadającą w każdym kierunku. Można by nawet porównać ją do gigantycznej lampy, zapraszającej do siebie ćmy. Jeżeli znajduje się w pobliżu jakakolwiek cywilizacja na naszym poziomie, na pewno zrozumiałaby język matematyki, i ew. odpowiedziała. Nie mniej jednak, od momentu rozpoczęcia nasłuchu radiowego, nie odebraliśmy nic. Przyczyny tego faktu mogą być następujące:
-Fale radiowe, czyli nasz nośnik danych, jest zbyt prymitywny, żeby cokolwiek mogło go odebrać.
-Obca rasa nie jest w stanie zrozumieć języka matematyki.
-Obcy zachowują się wobec nas, jak członkowie ekipy National Geographic, kręcący kolejny film o życiu dzikiej przyrody. Do puki się da, utrzymują swą obecność w całkowitej tajemnicy.
-Jesteśmy dla nich na poziomie rozwoju porównywalnym z bakteriami. Jakby nie patrzeć, Ziemia dość późno zaistniała, w skali całego uniwersum, a inteligentne życie na niej… no ewidentnie późno. Być może są rasy, które za sobą mają miliardy, a nie tysiące lat ewolucji.

Ludzie, w swej samotnej podróży, wykreowali sobie bogów. Ciężko mi określić, czy oni faktycznie istnieją (rzeczywiście są nieskończenie potężni, a może tylko, tak jak w filmie Star Gate, są to po prostu przedstawiciele obcych ras), czy też to tylko i wyłącznie twór naszej wyobraźni. Nie zmienia to faktu, że żadne wielkie bóstwo nie objawiło się człowieczeństwu dosłownie. Zaszyczytu tego dostąpili jedynie nieliczni, którzy później opowiadali o tych zjawiskach większym ilościom ludzi. Plotka roznosiła się dalej, i w ten sposób powstawały olbrzymie religie naszych czasów.
Sztuczna inteligencja mogłaby nam towarzyszyć, lecz jej istnieniu towarzyszy ten sam pierwotny lęk, który objawia się strachem przed bóstwami, i pozaziemskimi stworzeniami.

wkurwiające, smutne piosenki

Dlaczego w obecnych czasach, panuje moda na zasmucające piosenki? Nie mam tu na myśli utworów w stylu “Miserere mei, Deus” Allegriego, “Agnus Dei” Barbera czy Lament Dydony z opery “Dydona i Eneasz” Henry’ego Purcella. To są utwory smutne, jednak piękne.

Natomiast dziś, przede wszystkim amerykańskie zespoły, zalewają nas użalaniem się nad sobą. Śpiewają, jacy to oni są fatalni, beznadziejni i ogólnie do dupy. Rozumiem słuchać ich z ciekawości – bo zawsze można pośmiać się z faceta, który wygląda jak baba, ew. popatrzeć na ładne dziewczyny śpiewające, że nie mają nikogo. Ale żeby od razu brać ich komercyjny przekaz do serca, i kierować się nim?

Nie ukrywam – mnie osobiście to wkurwia, jak ludzie zmuszają się płaczu przy chujowej muzyce. Co zaliczam do chujowej muzyki? Wszystko to, co opowiada o tym, jak bardzo wokalista jest smutny, i wygląda pedałowato, i że rzuciła go dziewczyna… hahaha! Frajerzy!

A wystarczy sobie wrzucić legendę polskiego heavy metalu – TSA, żeby przekonać się, co to jest prawdziwa muzyka! Jeżeli miałbym być z czegoś dumny w Polsce, to na pewno z tej kapeli… nikt nie gra tak ciężko, a zarazem tak lekko, jak oni. Piosenki są o wszystkim, o miłości, przyjaźni, nienawiści, wszystkim. Nie nawiązują do epickich wydarzeń, są typowo zaściankowe – co można wytknąć im jako zaletę! Nawet “Alien” nie brzmi tak chujowo, jak piosenki np. nie wiem, i mnie to w sumie nie obchodzi.

Chujostwo zostawiam lamom, które będą tego słuchać. Ja mogę powiedzieć tylko, że TSA PANY!

Najlepszy koncertowy zespół świata

What did I see? Could I believe? That what I saw
that night was real and not just fantasy

“Number of the Beast”

Żadne słowa nie opiszą lepiej tego, co 7 sierpnia wydarzyło się na warszawskim Stadionie Gwardii. To był po prostu sen – najlepszy koncert Iron Maiden, jaki miałem przyjemność doznać (słuchać lub oglądać) oraz najlepszy, na jakim w ogóle w życiu byłem.

Zacznijmy jednak od początku, bo warto opisać całą wyprawę, którą mógłbym nazwać Warszawa Rock City.

Tamtego dnia wstałem około 5 rano. Bilet na TLK miałem wykupiony już wcześniej, więc nie martwiłem się o miejsce siedzące. Wraz z plecakiem pełnym wałówki oraz ciepłą kurtką na plecach (bo ranek był chłodny, a i nie byłem pewien nadchodzącej nocy), radośnie pomaszerowałem w kierunku stacji. Z początku myślałem, że będę tam sam, jednak spotkałem tam 3 fanów z pobliskiego Strzałkowa. Na pociąg nie czekałem długo – Dworzec osiągnąłem około 6:35, czyli na mniej więcej 10 minut przed zaplanowanym przybyciem mojego składu. W końcu wsiadłem do przedziału (jak później okazało się, nie był on moim), gdzie spotkałem dwóch miłych fanów muzyki rockowej, z którymi razem podróżowałem aż do samej Warszawy Centralnej. W okolicach Kutna dosiadły się jeszcze dwie panie, one jednak niemal całą podróż spały.

Około 9:30 (nie pamiętam dokładnie) dojechaliśmy w końcu do skraju naszej podróży. “Starosta” pomknął dalej, w kierunku Białegostoku, wypróżniając się wcześniej z przypadkowych ludzi, ale przede wszystkim z fanów Iron Maiden. Już na peronach Dworca Centralnego dało się odczuć atmosferę koncertową, bo ludzie w koszulkach z logo wiadomego zespołu byli niemal wszędzie.
Wraz z moimi dotychczasowymi towarzyszami podróży czekaliśmy na PKP jeszcze około godziny, po czym oni udali się w swą stronę (po wcześniejszym zlustrowaniu możliwości powrotu do Poznania, skąd jechali – a te były bardzo ograniczone, wręcz fatalne), a ja ciągle czekałem na Górala i jego przyjaciela – Bartka. Ukazali się mym oczom około 10:40. Razem udaliśmy się do Złotych Tarasów, gdzie miałem okazję porównać ten budynek ze Starym Browarem. Najbardziej rzucającym się w oczy elementem architektonicznym tej budowli, była liczba polygonów, z jakiej wykonany był transparentny strop. Liczba FPS wydała nam się zaskakująco duża; doszliśmy jednak do wniosku, że musi być równa 24, gdyż większej ilości nie obsługują nasze oczy. Po wizycie w tamtejszym Burger Kingu, i rozmowie zapoznawczej, nasza trójka udała się po raz kolejny na Dworzec Centralny, gdzie odbieraliśmy kolejnych fanów Żelaznej. Warszawa jedynie zaskoczyła mnie ilością biurowców, która znacznie przewyższa tę, znaną mi z Poznania.

Kiedy już dotarł pociąg, po raz kolejny wysypali się z niego fani ciężkiego brzmienia, a oprócz tego wyczekiwana przez nas osoba. Oprócz niej była także odrobinę zagubiona grupka fanów, która nie miała za dużego pojęcia o lokacji poszczególnych obiektów w Warszawie. Łaskawie pozwoliliśmy im przyłączyć się do nas, aby ich chociaż odrobinę naprowadzić na cel naszej wspólnej pielgrzymki, i udawszy się w stronę stacji metra, zakupili bilety MZK. My, jako że Bartek miał jeszcze zlecenie do wykonania, wysiadliśmy kilka chwil przed peletonem. Po drodze do celu zobaczyłem sklep z artykułami RPG i fantasy, do którego zajrzałem z Pawłem, ale ku memu zasmuceniu, nigdzie nie widziałem żadnej franczyzy powiązanej ze Star Trekiem. Bartek, który oddalił się od nas kilka chwil wcześniej, aby ukończyć swego questa, dołączył do nas niedługo po naszym wyjściu z tego miejsca. Odwiedziwszy sklep spożywczy, udaliśmy się na przystanek (na ulicy Rakowieckiej, gdzie podobno kiedyś było SB). Na środek transportu nie musieliśmy długo czekać – radośnie nadjechał autobus pamiętający pierwsze koncerty Maiden’ów w Polsce.

W okolicach stadionu byliśmy mniej więcej o 12:30, czyli na 3,5 godziny przed otwarciem bram, a tam już stali i czekali jego otwarcia ‘najwierniejsi’ (a właściwie najtwardsi i najbardziej zdeterminowani) fani! Usiedliśmy w cieniu drzew okalających teren stadionu, w oczekiwaniu na koncert. W miedzy czasie dały się słyszeć fragmenty ustawiania sceny (podczas jednej takiej próby wszyscy, jakieś 200 osób, zapadło w całkowitą ciszę); przyjeżdżali także ludzie z różnych zakątków kraju. Wielką furorę zrobiła 4-osobowa grupka biegaczy, którzy wzbudzili wielki aplauz wśród oczekującej grupy osób.

Oczekiwanie upływało nam pod znakiem rozmów o Maidenach, patrzeniu na różne koszulki oraz innych fanów (z czego szczególnie jednen zrobił na nas wrażenie, bo po wyskoczeniu z autobusu krzyczał niemal na cały głos “Maiden, Maiden, Maiden…”). Około godziny 15:00 ktoś spłatał nam figla, i powiedział, że otwierają bramy. Wszyscy, jak jeden mąż, rzuciliśmy się do bramek. Oczywiście był to fałszywy alarm, co wywołało falę agresji wśród oczekujących (“Kurwa mać, pojebany start”), jednak wyjście rosłego ochroniaża odrobinę uspokoiło tłum (który i tak krzyczał). W końcu jednak doczekaliśmy się 16:00.

Wtedy zaczął się 1. epizod rzeźni. Oto napierający (a wręcz nacierający) tłum chcący się dostać jak najprędzej, zaczął tak nas ściskać, że niemal nie było czym oddychać. Kilka godzin czekania, temperatura, piwo i inne trunki mocno dały się niektórym we znaki. Niektórzy nie potrafili także uszanować fanów niepalących, gdyż ciągle zaciągali się papierosami. Najgorsi jednak mimo wszystko byli ci pijani (później nie raz widzieliśmy, jak ochrona ich wynosi specjalnym przejściem zrobionym między “kotłem” a resztą (pełnego) stadionu. Minąłem pierwsze bramki, wyrzuciłem wszystko z plecaka (ochrona nie pozwoliła mi wnieść wody mineralnej), po czym poszedłem do bramek kontrolnych. Tam okazało się, że mam prawdziwy bilet (wtedy ostatecznie spadł mi kamień z serca), co wywołało stan niewielkiej euforii.

Przez bramki przeszedłem jako ostatni, z naszej trójki. Przed sobą ujrzałem Bartka i Górala, i razem rozpoczęliśmy to, co było widoczne min. na zdjęciach z Rock in Rio – bieg w kierunku sceny. Kiedy już tam dobiegliśmy okazało się, że na kocioł jest komplet, więc ustawiliśmy się po lewej stronie sceny (od strony budynków lecznicy… czy tam czegoś :P), i rozpoczęliśmy czekanie na gwiazdę wieczoru – Iron Maiden.
W oczekiwaniu tym pomogła nam min. Lauren Harris, córka Arry’ego, która mimo przyzwoitej urody, i niezłego głosu, nie zaskoczyła jakoś. Oko było na czym powiesić, i całkiem melodyjne to było, jednak nie na to czekaliśmy. Jako ciekawostkę mogę dodać, że bezpośrednio przed jej występem ktoś wpadł na pomysł, żeby puścić z głośników “Baba O’Riley’a” The Who. Dla mnie to było jednoznaczne – mój amulet przynoszący szczęście. To miał być dobry dzień. Po Lauren weszli na scenę Made of Hate – powiem tak: co za kretyn wymyślił, żeby zespół death-metalowy grał support dla kapeli NWOBHM? Mieli kłopoty techniczne… chyba nawet lepiej, bo zagrali dzięki temu mniej swego materiału. We znaki, po raz pierwszy i nie ostatni, dali nam się pijani kretyni, którzy siłą próbowali zdobyć miejsca pod sceną. Między mnie a Górala dopchała się jakaś filigranowa dziewczyna, która posiadała flagę IM “The Trooper”. Niestety pogo, które odbywało się za nami, było na tyle barbarzyńskie, że wykurzyło nas spod barierek. Bartek i Paweł ewakuowali się do przodu, w kierunku barierek, ja natomiast (jako że optycznie większy), do tyłu, przez tłum.

Ku wielkiemu memu zdziwieniu momentalnie się odnaleźliśmy. Zapadła decyzja, że oglądamy koncert z tyłu, gdzie jest więcej miejsca (moje trzewia w końcu znalazły trochę miejsca), i ogólnie fajniej. Oczywiście nie było to w bezpośrednim sąsiedztwie sceny, jednak było jej wystarczająco blisko, aby było widać poszczególnych członków zespołu bez, i z pomocą telebimów (których były dwie sztuki). Kiedy minęło już kilkanaście minut od koncertu MoH, z głośników dobiegły nas dźwięki, puszczanej z playbacku, Tansylvanii. Oznaczać to mogło tylko jedno – jeszcze tylko kilka chwil.

Kiedy na telebimach, ukazały się fragmenty archiwalnych zdjęć z okresu WWII oraz usłyszeliśmy przemowę Churchilla wiadome było, że koncert na pewno się odbędzie. Jeszcze kilka chwil, i zabrzmiały pierwsze akordy Aces High. Po intrze utworu, niczym myśliwce z tamtego okresu, na scenę wbiegli wszyscy członkowie Żelaznej. Tak genialnego wykonania nigdy nie słyszałem. Jednak, co się dziwić? Od wieków nie wykonywali tego utworu. Publiczność zgrała się w końcu, i razem darliśmy mordy, wykrzykując kolejne wersy piosenki i refrenu. Muszę przyznać, że z przyczyn mi niewiadomych, w niektórych miejscach słowa faktycznie mi się myliły. Może to przez te emocje? Przecież zagrali kawałki, które mogę uznać za ulubione (może poza The Clairvoyant). Następnie jeszcze lepiej – 2 Minutes to midnight. Wooow… wszystkie inne kapele wymiękają przy nich. Kilka słów dla fanów (o tym, że Polska bardzo się zmieniła przez 20 lat), i usłyszeliśmy Revelations. Genialnie! The Trooper, odśpiewanie Bruce’owi Happy Birthay i Sto Lat (w końcu były to jego 50 urodziny), Wasted Years, Rime of Ancient Mariner, Number of the Beast, Heaven Can Wait, Can I play with madness, Run to the Hills, Fear of the Dark, Iron Maiden, Moonchild, The Clairvoyant i na sam koniec Hallowed be thy Name. Przed “Rime…” była gadka o kiełbasie z albatrosa w Ggańsku, a przed “Wasted…” o polskim jazzie oraz o najgorszym jazzowym perkusiście, i powodzie, dla którego Iron Maiden nie zostało zespołem jazzu awangardowego :D (jeżeli pomyliłem kolejność, to proszę wybaczyć). Wielki Eddie pokazał nam się oczywiście w Iron Maiden, a jego mniejsza wersja, tym razem cyborg, wlazł przy dźwiękach “Clairvoyant‘a”. Efekty specjalne też były genialne – płomienie buchające niemal pod dach, zajebiście jasny, czerwony płomień w trakcie Powerslawe, czy fajerwerki eksplodujące w rytm basu Arrego podczas “Rime…” Mgła, czerwone oczka mumii w tyle sceny, przepięknie malowane tła. Szkoda jedynie tylko, że nie zagrali wszystkich swoich utworów…

Po samym koncercie odczekaliśmy z 40 minut, żeby nie musieć wydostawać się w tłoku. Na szczęście, dzięki wielkiej uprzejmości Bartka, udało mi się nocować w Warszawie, więc nie spieszyłem się za bardzo na pociąg. Wyszliśmy ze stadionu, i wraz z tłumem udaliśmy się w kierunku miasta. Odnalezienie przystanku metra trwało niezłą chwilę; w międzyczasie spotkaliśmy także parę, w której chłopak ni słowa nie umiał po polsku, natomiast dziewczyna – perfekt polski, niemiecki i angielski. Przejechaliśmy kawałek z nimi, wysiedliśmy na docelowym przystanku i udaliśmy się w miejsce naszego odpoczynku. Z ciekawostek mógłbym powiedzieć, że B. mieszka bardzo blisko domu Marii Kaczyńskiej… W domu sprawdziłem rozkład jazdy – najlepsze połączenie było o 9:55, także TLK. Po kilkudziesięciu minutach, spędzonych na oglądaniu filmików z youtuba i słuchaniu muzyki, położyliśmy się spać. Ja spałem jak kłoda, reszta ekipy chyba też.

O 8:30 obudził mnie ryk budzika z komórki, który oznajmiał, że już czas wstawać. Po kilku minutach niezdecydowania ubrałem się, i niemal w ostatniej chwili przed wyjściem dorwał mnie B. którego zapytałem, w jaki sposób dotrzeć do Dworca Głównego (mimo faktu, że i tak mniej więcej wiedziałem, jak to zrobić – wolałem się jednak dokładnie upewnić). Krótkie pożegnanie, i udałem się w trasę. Sama Warszawa, przynajmniej w tamtym miejscu, jest wiele brzydsza, niż Poznań, w podobnej odległości od Centrum. Na wejściu do metra otrzymałem Metro Warszawskie, którego nie miałem najmniejszego zamiaru czytać. Nigdy nie kibicowałem tamtemu miastu, nigdy także go nie pokocham. Szanuję je – ale to koniec. W końcu dojechałem, Dworzec Centralny.

Odstałem swoje w kolejce po bilet. Okazało się, że nie ma już miejsc siedzących – mówi się trudno, żyje się dalej. Do ostatniej chwili nie wiedziałem, czy mam dobry bilet, gdyż TLK “Gałczyński”, który jechał z Lublina (przez Warszawę i Poznań) do Szczecina miał numer 2811, natomiast ja miałem bilet na 2810. Jak się później okazało, konduktorzy mieli kontrolować dopiero w okolicach Wrześni. Wlazłem na perony – pełne podróżnych. Była tam jakaś wycieczka, której uczestnicy wykupili 3 wagony (o zgrozo!!!). W końcu, z niewielkim opóźnieniem (około godziny 10:05) nadjechał pociąg, a my wsiedliśmy do wagonu. W “przedziale” (czyli koło kibla) jechałem z jakimś młodym gościem, całkiem przyjemnym. Okazało się później, że też ma 20 lat, i że jedzie do Gniezna przez Wrześnię. Mijaliśmy kolejne stacje: Warszawa Zachodnia, Sochaczew, Łowicz, Kutno, Koło (a później min. Kłodawa) i w końcu Konin. Tam wysiadłem, i zadzwoniłem po raz kolejny do domu, żeby dowiedzieć się, w jaki sposób mam dotrzeć do Słupcy. Miałem iść na Zatorze, co poprzez wielkie zmęczenie było niebywałą czynnością. Miałem udać się pod GE Money Bank, a później do Netto. Nie miałem pojęcia, gdzie to jest, jednak idąc przed siebie, dotarłem do celu. Kiedy zobaczyłem samochód na słupeckich blachach wiedziałem, że to koniec mej podróży.

Tak zakończyła się przygoda, którą mógę spokojnie nazwać Warsaw Rock City. Warto było wydać kupę kasy, żeby zobaczyć Najlepszy Koncertowy Zespół Świata.

Na koniec chciałem także dodać, że mimo absenscji na innych imprezach, fani wypowiadają się jednoznacznie – najlepszy koncert tego roku.

mędrcy, głupcy i cała reszta

Część Pierwsza, Mędrcy

Na co ludziom wiedza? Przecież ich życie i tak kierowane jest chaosem.
XXI wiek nie potrzebuje ludzi mądrych. Wiedza, której kiedyś ludzie szukali u mędrców, filozofów, kapłanów, szamanów, druidów, wróżbitów i czarownic dostępna jest niemal wszędzie. Kiedyś były jeszcze książki, ale obecnie? Internet, telewizja, media – to wszystko ma na celu tylko zarabianie. Jakże żałosne jest to, że ludzie nie potrafią tego dostrzec.
Przez kilka ostatnich lat staram się wierzyć, że my, człowieczeństwo, nie jesteśmy straceni. Mogłoby się wydawać, że wśród przestępców, szumowin na wysokich stanowiskach, skorumpowanych decydentów i sprzedajnych kurw są, jak to kiedyś mawiałem “ludzkie diamenty”, które warto odszukać i o nie dbać.

Część Druga, Głupcy

Obecnie wiedza staje po przeciwnej stronie barykady, co jej posiadacze. Dziś nie trzeba, ba! nie wypada być mądrym! Liczą się chyba tylko dwie rzeczy: kasa i wyścig szczurów. W zasadzie, to nawet to drugie zagadnienie mógłbym wymienić jako jedyne. Najbogatszy, najpiękniejszy, naj-jakiśtam. A gdzie “zwyczajny”? Dlaczego ludzi podnieca kicz i bezwartościowe gówno? Kiedy była era, kiedy liczył się człowiek jako jednostka, a nie osoba posiadająca? Zapewne dawno temu. Pewnie nie w poprzednim, i nie w jeszcze wcześniejszym wieku… chyba dużo wcześniej. Dlaczego ludzie zawsze “pragną niemożliwego, szukają nieosiągalnego”? Oczywiście, można by powiedzieć, że takie działanie jest główną podstawą rozwoju cywilizacyjnego.

Część Trzecia, Cała reszta

Tutaj nic nie napiszę.

PS Zakończyłem dziś przygodę z anime “Cowboy Bebop”.