Archiwum z październik, 2008|Strona archiwum miesięcznego

Alien

“Alien” to jeden z sztandarowych utworów TSA. Jest jednym z tych, które mógłbym spokojnie zaliczyć do tych, które przypominają moje życie. Chciałem przedstawić więc krótkie porównanie tego tekstu do wydarzeń, które miały diametralny wpływ na bieg wydarzeń życia

Wierzyłem w coś, bez tego ciężko żyć
Marzyłem też – wolno było marzyć
Nie chciałem być takim jak ci ludzie
Co tylko biorą nie dając nic
We śnie słyszałem matki głos
Synku! Uczciwym bądź, dobrym bądź!
“Świat” – w tym słowie było coś
Radość i lęk, miłość i fałsz

W tym miejscu kończy się pierwsza zwrotka. Wszystko się zgadza – kiedyś byłem naiwny, i wierzyłem, że mogę zmieniać świat. Wierzyłem w pewne zjawisko, wokół którego niemal kręci się świat, i marzyłem o rzeczach pozornie osiągalnych. Trudno uwierzyć, że można tak pomylić się na ludziach. Uważałem, że ludzie są z natury dobrzy, i że za dobro odpłacają dobrem. Ogromny błąd z mojej strony. Świat także mnie negatywnie zaskoczył. Kochałem go, bo był piękny. Teraz wiem, że to pole nieustającej bitwy, zimnej wojny, której zwycięzcy nie potrafią dostrzec wygranej, a przegrani – podnieść się po upadku.
Czas teraz na drugą zwrotkę…

Nie wierzę w nic, bo chyba nie potrafię
Nie marzę już, nie ma o czym marzyć
Zgubiłem gdzieś prawdziwą radość życia
Smutno mi…
Już tylko ciebie mam
I to mnie jakoś tutaj trzyma
Już tylko ciebie mam
Nie wolno ci odejść teraz stąd

Kolejna część o tym, jak łatwo jest przewidzieć niektórych ludzi. Nie potrafię już uwierzyć w ludzi, ani że są dobrzy. Zawsze mają jakiś powód – błahy czy nie, nic nie robią bezinteresownie. Nie wierzę też w to magiczne słowo, o którym mowa w pierwszej części utworu. Ile czasu i doświadczenia potrzeba, żeby zrozumieć mądrość płynącą z tego tekstu? Nie marzę już, bo faktycznie – nie mam o czym marzyć. Nie mam zamiaru zatracać się w pięknych snach o rzeczach niemożliwych, bo to strata czasu. Nigdy nie wejdę na Szczyt Świata, nie polecę w kosmos, ani nie będę w życiu szczęśliwy. Pewnie to ja byłbym powodem tego… Od dawna nie jestem szczęśliwym. Wiele rzeczy robię zupełnie na pozór, ba! nawet nie bywam szczęśliwy. To jakiś chory teatr, w którym główny bohater nie wie, jak zakończy się sztuka, w której gra. Może jedynie ustalać, kiedy są przerwy między aktami.
Najbardziej jednak pasują do mnie cztery ostatnie wersy. Jest jedna osoba, ale sęk w tym, że to koniec zbieżności tekstu, z moim życiem. Ciężko mi powiedzieć, o posiadaniu kogoś. Mieć to można pieniądze, samochód, dom etc., ale nie człowieka. Nie mniej jednak, nie mam naprawdę nikogo; jestem sam jak palec. Stąd też moja frustracja, bo nie wiem, co robić. W muzyce odpowiedzi nie odnajdę, w filmie również nie. Odpowiedzi są zawarte jedynie w moich kwestiach, a te wypełnia “Radość i lęk, miłość i fałsz… i fałsz…”. Nie wiem, czy me oczy widzą za mało, czy za dużo. Pytania, które boję się zadać, na zawsze pozostaną bez odpowiedzi. Problemem jest też to, że ich zadania nie mogę odkładać w wieczność. Ludzie nie są nieśmiertelni, czas ciągle mija – a ten nie jest moim sojusznikiem.

Już tylko ciebie mam…

Tymi słowami kończy się “Alien”. Nie wiem, czy istnieje bardziej dramatyczna, polska piosenka o mężczyźnie, który szuka swojego miejsca w życiu.

Odwaga nie zna granic

podobno.

Czym jednak tak naprawdę jest? Odwaga zazwyczaj kojarzy nam się z walecznymi bohaterami, którzy mimo olbrzymiego ryzyka (zazwyczaj stawką było ich życie), dokonywali rzeczy niebywałych, dla zwykłych ludzi. Tak przynajmniej ja odbieram takie zachowanie.

Mimo że ryzyko jest wielkie, nagroda bywa jeszcze większa. W tym momencie pojawia się pytanie, co jest bardziej opłacalne: nie podejmować ryzyka i ani przegrać, i ani wygrać, czy też wygrać wiele, ale i stracić wszystko. Kiedyś, pewien człowiek powiedział, że “Ten nie popełnia błędów, kto nie robi nic”. Można się z nim zgodzić, jednak co nam bardziej się opłaca? Wiadomo, nie podejmując ryzyka, nigdy nie tracimy, ani nie zyskujemy. Zakładając jednak niewielkie szanse na zwycięstwo, stawiamy czoła jedynie bolesnej porażce.

Oczywiście można zwiększać swe szanse na wiktorię na wiele sposobów; są jednak sytuacje, kiedy możemy liczyć tylko i wyłącznie na siebie. Takie sytuacje są zazwyczaj najgorsze, bo wg. mnie, najgorzej jest działać samemu. W zespole, nawet w duecie, jest dużo łatwiej, gdyż można podzielić się obowiązkami.

A co zrobić, kiedy mamy walczyć ze smokiem, i w sumie do końca nie wiemy, czy w ogóle dobywać miecza? Do ludzi, którzy to czytają:
Czy mam, tak jak zwykle, udać się ku zachodowi, czy też stawić czoła (przede wszystkim) wewnętrznym demonom?