Kłamca, kłamca

Przed chwilą miałem przyjemność obejrzeć kolejny odcinek dramatu lekarskiego pt. Dr. Dom. Wielu ludzi uważa ten serial za świetny, ponieważ… nie mam pojęcia, dlaczego. Osobiście muszę przyznać scenarzystom, że są genialni w odtwarzaniu niemal archetypowych scen z życia ostro wykolejonego człowieka. Szkoda, że ten wykolejeniec jest wyimaginowany, i szkoda, że tylko on jest popularny. Ale do sedna. Oto w dzisiejszym odcinku (emitowanym przez tvp2) trafił do rzeczonego specjalisty człowiek, który nie umiał mówić prawdy. Zaiste ciekawy przypadek – z jednej strony mówił prawdę, jedną z największych wartości i świętości w cywilizacji ludzkiej, z drugiej jednak, ta prawda była dość bolesna. W trakcie leczenia nawrzucał swojej żonie, córce, całemu zespołowi Dr Dom oraz w sumie nie pamiętam komu. W pewnym “punkcie zwrotnym” odcinka okazało się, iż rzeczonego pacjenta nie da się wyleczyć z prawdomówności. Można by rzec – to wspaniale, przecież każdy by chciał mieć takiego przyjaciela, który nie potrafi kłamać. Zawsze powie mi prawdę i nie będzie mnie oszukiwał, no bo przecież… w sumie to nie wiem co. Mniejsza z tym. Konkluzja tego “zwrotu akcji” była taka, że może poddać się operacji, która prawdopodobnie mogła zakończyć się jego uzdrowieniem LUB śmiercią. Pacjent oczywiście wolał wybrać operację i ryzyko śmierci, niż dozgonną nieumiejętność mówienia prawdy. Ciekawe.
Innym przypadkiem jest film, do którego odnosi się załączony obrazek. Oczywiście jest to komedia, w której główny bohater nie potrafi kłamać. Oczywiście doprowadza to do całkiem zabawnych sytuacji, nie mniej jednak, dla głównego bohatera, adwokata umoczonego w najgłębszym bagnie relacji międzyludzkich, jest to zupełny dramat.
Stąd moje pytanie do Was, moi czytelnicy (których podobno jest tu kilku/niedawno stuknęła mi okrągła rocznica 1000 wejść, i mam nadzieję, że nie są to tylko boty reklamowe i ja), jaka jest rola kłamstwa w relacjach międzyludzkich? Z jednej strony ludzie oczekują prawdy od drugiej osoby, z drugiej jednak, oczekują kłamstwa, by dowartościować samych siebie. Paradoks, nieprawdaż? Z jednej strony ludzie akceptują ‘niewinne kłamstewka’ oraz ‘życie w nieświadomości’, jednak kiedy przychodzi co do czego, to mówienie prawdy staje się istnym tabu, którego złamanie zazwyczaj karane jest banicją (czasową lub permanentną).
Pod koniec odcinka, o którym była mowa w pierwszym akapicie (taaak, uwielbiam łamać wszelkie zasady, które wpajały w nas niewyżyte polonistki, a właśnie jedną z nich był zakaz tak bezpośredniego odwoływania się do części tekstu) Dr Dom i Dr Wilson mówili coś o konwenansach (w sumie nawet nie wiem, jak to się dokładnie nazywa, w każdym bądź razie sjp.pwn.pl podpowiadało mi, że chodzi tu o ogólne i dobrze przyjęte zwyczaje), min. o niewinnych kłamstewkach. W pewnym momencie dialogu Dr Dom wspomina, że go coś “po prostu nie obchodzi”, Wilson natomiast rozpoczął jakiś pseudofilozoficzny monolog, przedstawiający wypowiedź Doma jako przykład właśnie takiego zwrotu, tj. niewinnego kłamstewka mającego na celu poprawienie humoru drugiej osobie. Dom jednak powiedział tak, bo to faktycznie nie obchodziło.
Jaki jest więc sens całego tego burdelu? Lepiej nie mieć przyjaciół (a o bliższych kontaktach nie wspominam), i nie kłamać, będąc jednocześnie w zgodzie z paladyńskimi poglądami na ten temat, CZY TEŻ zachowywać się jak typowy szelma, kłamać na lewo i prawo, nie mówić prawdy, być postrzeganym jako zupełnie inna osoba etc etc etc, być po prostu popularnym dzięki kłamstwom?
TL;DR prawda czy fałsz?
Żadnych komentarzy.
Zostaw odpowiedź
