Archiwum kategorii ‘Bzdury’

Kłamca, kłamca

Plakat filmu "Kłamca, kłamca"

Przed chwilą miałem przyjemność obejrzeć kolejny odcinek dramatu lekarskiego pt. Dr. Dom. Wielu ludzi uważa ten serial za świetny, ponieważ… nie mam pojęcia, dlaczego. Osobiście muszę przyznać scenarzystom, że są genialni w odtwarzaniu niemal archetypowych scen z życia ostro wykolejonego człowieka. Szkoda, że ten wykolejeniec jest wyimaginowany, i szkoda, że tylko on jest popularny. Ale do sedna. Oto w dzisiejszym odcinku (emitowanym przez tvp2) trafił do rzeczonego specjalisty człowiek, który nie umiał mówić prawdy. Zaiste ciekawy przypadek – z jednej strony mówił prawdę, jedną z największych wartości i świętości w cywilizacji ludzkiej, z drugiej jednak, ta prawda była dość bolesna. W trakcie leczenia nawrzucał swojej żonie, córce, całemu zespołowi Dr Dom oraz w sumie nie pamiętam komu. W pewnym “punkcie zwrotnym” odcinka okazało się, iż rzeczonego pacjenta nie da się wyleczyć z prawdomówności. Można by rzec – to wspaniale, przecież każdy by chciał mieć takiego przyjaciela, który nie potrafi kłamać. Zawsze powie mi prawdę i nie będzie mnie oszukiwał, no bo przecież… w sumie to nie wiem co. Mniejsza z tym. Konkluzja tego “zwrotu akcji” była taka, że może poddać się operacji, która prawdopodobnie mogła zakończyć się jego uzdrowieniem LUB śmiercią. Pacjent oczywiście wolał wybrać operację i ryzyko śmierci, niż dozgonną nieumiejętność mówienia prawdy. Ciekawe.

Innym przypadkiem jest film, do którego odnosi się załączony obrazek. Oczywiście jest to komedia, w której główny bohater nie potrafi kłamać. Oczywiście doprowadza to do całkiem zabawnych sytuacji, nie mniej jednak, dla głównego bohatera, adwokata umoczonego w najgłębszym bagnie relacji międzyludzkich, jest to zupełny dramat.

Stąd moje pytanie do Was, moi czytelnicy (których podobno jest tu kilku/niedawno stuknęła mi okrągła rocznica 1000 wejść, i mam nadzieję, że nie są to tylko boty reklamowe i ja), jaka jest rola kłamstwa w relacjach międzyludzkich? Z jednej strony ludzie oczekują prawdy od drugiej osoby, z drugiej jednak, oczekują kłamstwa, by dowartościować samych siebie. Paradoks, nieprawdaż? Z jednej strony ludzie akceptują ‘niewinne kłamstewka’ oraz ‘życie w nieświadomości’, jednak kiedy przychodzi co do czego, to mówienie prawdy staje się istnym tabu, którego złamanie zazwyczaj karane jest banicją (czasową lub permanentną).

Pod koniec odcinka, o którym była mowa w pierwszym akapicie (taaak, uwielbiam łamać wszelkie zasady, które wpajały w nas niewyżyte polonistki, a właśnie jedną z nich był zakaz tak bezpośredniego odwoływania się do części tekstu) Dr Dom i Dr Wilson mówili coś o konwenansach (w sumie nawet nie wiem, jak to się dokładnie nazywa, w każdym bądź razie sjp.pwn.pl podpowiadało mi, że chodzi tu o ogólne i dobrze przyjęte zwyczaje), min. o niewinnych kłamstewkach. W pewnym momencie dialogu Dr Dom wspomina, że go coś “po prostu nie obchodzi”, Wilson natomiast rozpoczął jakiś pseudofilozoficzny monolog, przedstawiający wypowiedź Doma jako przykład właśnie takiego zwrotu, tj. niewinnego kłamstewka mającego na celu poprawienie humoru drugiej osobie. Dom jednak powiedział tak, bo to faktycznie nie obchodziło.

Jaki jest więc sens całego tego burdelu? Lepiej nie mieć przyjaciół (a o bliższych kontaktach nie wspominam), i nie kłamać, będąc jednocześnie w zgodzie z paladyńskimi poglądami na ten temat, CZY TEŻ zachowywać się jak typowy szelma, kłamać na lewo i prawo, nie mówić prawdy, być postrzeganym jako zupełnie inna osoba etc etc etc, być po prostu popularnym dzięki kłamstwom?

TL;DR prawda czy fałsz?

zmiana pomysłu na blog. bloga. nieważne

ostatnio trochę się wkurwiłem całym tym paladyństwem. trochę sobie ponarzekam i pomarudzę, pierdolnę kilka ortów, złamię kilka reguł składni (czy tam jak to się nazywało, nieważne), firefox podkreśli mi je na czerwono, a ja całkiem bardzo średnio to oleję.

dzisiejsza opowieść będzie dotyczyła (oprócz blogów) w sumie dość przyziemnej rzeczy, mianowicie powkurwiam się trochę na jebanych paladynów. zanim jednak to zrobię, przybliżę Wam, kim tak naprawdę jest paladyn. jestem pewien, że w 70, może więcej % jesteście jebanymi paladynami.
«znakomity rycerz, sławny ze swych czynów, towarzyszący panującemu» tako o paladynie rzecze www.sjp.pwn.pl. Problem w tym, że DnD dużo lepiej opisuję tę klasę ludzi. s skrócie: w DnD paladyn ma ZAWSZE charakter praworządny (czyli że nigdy nie złamie prawa. nigdy, i pod żadnym pozorem) dobry (czyli że nigdy nie dba o siebie), trzyma się jakiegoś bzdurnego kodeksu moralnego no i jest niesamowicie religijny. coś jak skrzyżowanie NOP z młodocianymi, pełnymi pasji kapłanami prosto po seminarium. jednocześnie rwą się do walki, ale z drugiej strony, walczą o jakiś wyższy cel. w skrócie – jebany beton i pedały. nigdy taki kurwa nie złamie prawa (bo mu nie wolno, przecież to prawo), nigdy nie powie złego słowa na przywódcę, nigdy nie przyzna racji buntownikom. imbecyl jak się patrzy… nie zmienia to faktu, że większość społeczeństw składa się głównie z właśnie takich paladynów. promil, być może jeszcze mniej, stanowią anty-paladyni, o tym samym kierunku, lecz przeciwnym zwrocie. dla nich liczy się jedynie szerzenie zła (lecz nie chaosu) etc etc etc. generalnie mnóstwo głupot i zapraszam do literatury. teraz jednak o tezie tego posta. postu. chuj wie czego.

paladyni wywołują wojny na świecie, bo inaczej nie mieliby co ze sobą począć. to tak, jak don Kichote. chciał żyć w krainie pełnej smoków, to w swoim chorym umyśle stwierdził, że wiatraki nimi będą. później jakoś przeszło, jednak koniec końców młotek umiera od obrażeń, które sam sobie poczynił (de facto). dlaczego musiał zginąć? nie mógł po prostu iść gdzieś indziej, zrobić coś pożytecznego? niestety paladyni tak nie potrafią, muszą ciągle bronić sztywnego kodeksu prawa (chociaż sami zapewne nie wiedzą, po co to robią), bronią religii, nawracają innych bla bla bla bla. robią mnóstwo paladyńskiego stuffu, zamiast po prostu powiedzieć “ja to pierdolę!”. szkoda, że w skład ludzkości wchodzi tak mało bardów i innych klas “neutralno-chaotycznych”.
teraz do sedna: kiedy spytasz samego siebie, o jakąkolwiek wojnę, pomyśl, co mogło ją spowodować. odpowiedź jest trywialna. było to paladyńskie zachowanie oraz podejście do życia.

i tak oto kończy się pierwszy mój wywód na temat ogólnego wkurwienia na otaczające społeczeństwo. w następnym odcinku omówię temat kobiet LUB debilnego naśladownictwa.

pokój z wami, bracia
bogu niech będą dzięki

1250543966917Dlaczego zawsze muszę uciekać? Czy to jedyne możliwe dla mnie wyjście? Przecież czasy Jamesa Deana już dawno minęły.

Teraz liczy się przywiązanie do jakiejś idei czy osoby. Przywiązanie do idei uciekania nie jest idealnym rozwiązaniem. Zawsze uciekam, zawsze boję się odpowiedzialności. Dlaczego tak bardzo się tak boję? Dlaczego wolę uciekać? Dlaczego tak panicznie boję się zmian, a często przewracam swój świat do góry nogami, narażając się na zupełnie nowe rzeczy? Och, jak pragnąłbym poznać przyczynę tego zachowania. Nie można być przecież Piotrusiem Panem do końca życia. Przejebane.

skarby, których nikt nie doceni

ile jest takich osób?

multum.

recepta na życie? nie znam. jakbym znał, to bym się podzielił

Zaburzenia psychiczne tu i ówdzie

sylar“Zawsze rozumiałem kolej rzeczy”

Gdybym miał wskazać jakąś ciekawą postać z seriali amerykańskich, to Gabriel Sylar, tudzież Gabriel Petrelli byłby właśnie nią. Nieustannie targany przez różne potrzeby, balansujący na granicy dobra i zła, dobroci i bezwględności. Zdrowia i pasji.

Nie mam pojęcia kto wpadł na to, by Zach Quinto odgrywał tę jakże trudną rolę, jednak miał rację. Osobiście uważam, że jest to najlepszy młody aktor w USA. Gdzieś mam opinie, że taki a nie inny aktor zagrał świetnie w takim a nie innym filmie. Postacie pozytywne mnie obchodzą najmniej.

Jeśliby zwrócić uwagę na historię kinematografii, to zawsze największe ‘piętno’ zostawiają bohaterowie kontrowersyjni. Im bardziej wypaczeni z ‘normalności’, tym głębsze rysy zostawiają na swym zawodzie. “Nosferatu, Symfonia Grozy” – po tym filmie, Max Schreck, odtwórca głównej roli, został posądzony o okultyzm i faktyczne bycie wampirem. Czy to dobrze? Ciężko mi cokolwiek powiedzieć, jaki to ma wpływ obecne postrzeganie kultury, jednak w latach 20. XX wieku jego rola musiała być szokiem. Teraz coś nowszego – Hannibal Lecter. Żaden Rocky czy inny Schwarzenegger grający ‘pozytywnych’ superbohaterów nie mieli takiego znaczenia, jak psychopata zjadający mózgi ofiar na ich oczach.

Czy oznacza to, że ludzie preferują dysfunkcje psychiczne? W moim mniemaniu nie. Owa popularność w kulturze masowej bierze się z tego, że odmienność jest dobra, jednak na odległość. Sami nie chcemy brać w niej udziału. Co jednak z tymi, którzy są w temat zamieszani, mimo włsasnej woli? Cóż, tak jak kiedyś trędowatych, tak teraz ludzi o ‘odchyłach’ traktuje się w ten sam sposób – alienacja. Wykluczenie ze społeczeństwa. Jestem ciekaw, w którym genie zapisana jest informacja, że najlepsze z całego gatunku to te ‘średnie’.

Niestety tak jest, i każdy kto twierdzi inaczej musi być ślepcem. Choroby cielesne byliśmy w stanie wyleczyć, jednak w ich miejsce pojawiły się nowe, zupełnie inne, trudniejsze do zwalczenia. Choroby umysłu; zdecydowanie bardziej dyskretne, lecz o podobnym działaniu na ludzi. To, co widoczne, odziałuje na świadome części mózgu. Niewidzialne atakuje głębsze rejony, na które już nie mamy wpływu.

Więc skąd takie zainteresowanie odmiennością? Fajnie jest widzieć odmieńców – zawsze można się z nich pośmiać, ponabijać (nawet na pal lub inne elementy pionowe krajobrazu) wyszydzić, przedstawić w świetle innym od tego, w którym mówimy o osbie. To taka odpowiedź na zoo, jednak dla ludzi. Z jednej strony miło jest popatrzeć na tygrysa lub lwa w klatce, niż na te same zwierzęta, lecz na wolności. Niby to takie same zwierzaki, jednak nasze podejście w diametralny sposób zależy od tego, po której stronie klatki rzeczone stwory stoją.
Nikt nie zwraca uwagi na to, czego potrzebują – jedynie wąska grupa ludzi. Reszta ma gdzieś, jak im się żyje – w końcu mają z nimi jedynie chwilowy kontakt, i w sumie nie potrzebują bardziej zagłębiać się w ten temat. Co z tego, że życie tygrysów, delfinów czy nawet sumów afrykańskich jest dużo ciekawsze na wolności, skoro nas to i tak nie obchodzi? Ładnie wygląda w klatce, i ładnie go zapamiętam. Koniec bajki, w której główną rolę odgrywa coś zupełnie innego…

Średniactwo, do którego dążymy w świecie odchyłów.
Każdy pragnie być na tyle normalny, na ile pozwala reszta.

Wg. mnie zjawisko to nie potrwa jeszcze długo – prędzej czy później nastąpi wybuch, który odpowiednio odmieni percepcję ludzkości na jej własne problemy.

Archetypy mego ‘człowieczeństwa’

“… must be a reason”.

Jest to jedno z najczęściej pojawiających się zdań w piosence “King of my Castle” duetu Wamdue Project. Skąd pomysł na taki właśnie cytat, z takiej właśnie piosenki? Otóż – zawsze jest powód. Nie ma w tym wszechświecie wydarzeń, które dzieją się spontanicznie. Spontanicznie to może się jedynie atom rozszczepić, ew. dojść do jakiegoś innego wydarzenia, lecz jedynie na poziomie kwantowym. Kiedy mamy do czynienia z obiektami większymi, zawsze występuje przyczyna i reakcja.
Tak samo jest z moim charakterem. Nic nie dzieje się bez powodu, i nie mogę o sobie powiedzieć, że jestem całkowicie unikatowy. Każdy, kto myśli, że jest unikalny, nietypowy, jedyny i niepowtarzalny, gada bzdury. Każdy człowiek kiedyś już się pojawił; mam tu na myśli fakt, że każda nasza postawa ma swój archetyp. Fundamenty budowane za czasów, kiedy byliśmy jeszcze jak gąbka, jak pancerz stawonoga, przechodzący wylinkę.

Każdy, który twierdzi, że jest inaczej, tj. sam wykształcił stwój charakter – kłamie.

Obecnie nie ma już ludzi, którzy są całkowicie niepowtarzalni. Zawsze był ktoś wcześniej, kogo naśladujemy. Taka jest natura człowieka – naśladownictwo. A teraz przejdę do rzeczy, czyli wszystko to, co miało na mnie wpływ, w byciu przeze mnie zwierzęciem z gatunku Homo Sapiens (kolejność przypadkowa)

- Galactus, Niszczyciel Światów – jako że bóg umarł, pozostał nam Galactus, najpotężniejsza, a zarazem najwspanialsza istota w naszym wszechświecie
- Bruce Wayne & Batman – jako że dwóch ludzi w jednym ciele to nie nowość
- Dwie Twarze – bo dwóch ludzi w jednym ciele może żyć “na raz”, decyzje swe uzależniać od ślepego losu
- Włóczykij – bo dobrowolna alienacja wcale nie oznacza, że nie jest się szanowanym
- Harley Quinn – najpiękniejszy kobiecy uśmiech w historii animacji
- mój Ojciec – bo przecież każdy syn, nie ważne co robi, będzie taki sam
- HellBoy – bo bycie odmieńcem oznacza bycie odmieńcem… dużo silniejszym, niż zwykli śmiertelnicy
- Steve Irvin & Jacques-Yves Cousteau – bo przyroda jest więcej warta od ludzi. Bez najmniejszego wyjątku
- Christopher Reeve – bo można mieć piękne życie
- muzyka – bo np. taki Klaus Schulze tworzy tak kosmicznie niesamowitą muzykę…
- Jerzy Urban – bo bycie konformistą wcale nie oznacza bycie w większości
- Nietzche – bo to ja jestem najważniejszy. Reszta to tylko marionetki
- komuniści i naziści – bo wszystkich ich trzeba spalić na stosie
- Słowianie, Szkoci, Indianie i Aborygeni – bo pierwotne kultury są najlepsze

Wszystko to miało na mnie wpływ.

Alien

“Alien” to jeden z sztandarowych utworów TSA. Jest jednym z tych, które mógłbym spokojnie zaliczyć do tych, które przypominają moje życie. Chciałem przedstawić więc krótkie porównanie tego tekstu do wydarzeń, które miały diametralny wpływ na bieg wydarzeń życia

Wierzyłem w coś, bez tego ciężko żyć
Marzyłem też – wolno było marzyć
Nie chciałem być takim jak ci ludzie
Co tylko biorą nie dając nic
We śnie słyszałem matki głos
Synku! Uczciwym bądź, dobrym bądź!
“Świat” – w tym słowie było coś
Radość i lęk, miłość i fałsz

W tym miejscu kończy się pierwsza zwrotka. Wszystko się zgadza – kiedyś byłem naiwny, i wierzyłem, że mogę zmieniać świat. Wierzyłem w pewne zjawisko, wokół którego niemal kręci się świat, i marzyłem o rzeczach pozornie osiągalnych. Trudno uwierzyć, że można tak pomylić się na ludziach. Uważałem, że ludzie są z natury dobrzy, i że za dobro odpłacają dobrem. Ogromny błąd z mojej strony. Świat także mnie negatywnie zaskoczył. Kochałem go, bo był piękny. Teraz wiem, że to pole nieustającej bitwy, zimnej wojny, której zwycięzcy nie potrafią dostrzec wygranej, a przegrani – podnieść się po upadku.
Czas teraz na drugą zwrotkę…

Nie wierzę w nic, bo chyba nie potrafię
Nie marzę już, nie ma o czym marzyć
Zgubiłem gdzieś prawdziwą radość życia
Smutno mi…
Już tylko ciebie mam
I to mnie jakoś tutaj trzyma
Już tylko ciebie mam
Nie wolno ci odejść teraz stąd

Kolejna część o tym, jak łatwo jest przewidzieć niektórych ludzi. Nie potrafię już uwierzyć w ludzi, ani że są dobrzy. Zawsze mają jakiś powód – błahy czy nie, nic nie robią bezinteresownie. Nie wierzę też w to magiczne słowo, o którym mowa w pierwszej części utworu. Ile czasu i doświadczenia potrzeba, żeby zrozumieć mądrość płynącą z tego tekstu? Nie marzę już, bo faktycznie – nie mam o czym marzyć. Nie mam zamiaru zatracać się w pięknych snach o rzeczach niemożliwych, bo to strata czasu. Nigdy nie wejdę na Szczyt Świata, nie polecę w kosmos, ani nie będę w życiu szczęśliwy. Pewnie to ja byłbym powodem tego… Od dawna nie jestem szczęśliwym. Wiele rzeczy robię zupełnie na pozór, ba! nawet nie bywam szczęśliwy. To jakiś chory teatr, w którym główny bohater nie wie, jak zakończy się sztuka, w której gra. Może jedynie ustalać, kiedy są przerwy między aktami.
Najbardziej jednak pasują do mnie cztery ostatnie wersy. Jest jedna osoba, ale sęk w tym, że to koniec zbieżności tekstu, z moim życiem. Ciężko mi powiedzieć, o posiadaniu kogoś. Mieć to można pieniądze, samochód, dom etc., ale nie człowieka. Nie mniej jednak, nie mam naprawdę nikogo; jestem sam jak palec. Stąd też moja frustracja, bo nie wiem, co robić. W muzyce odpowiedzi nie odnajdę, w filmie również nie. Odpowiedzi są zawarte jedynie w moich kwestiach, a te wypełnia “Radość i lęk, miłość i fałsz… i fałsz…”. Nie wiem, czy me oczy widzą za mało, czy za dużo. Pytania, które boję się zadać, na zawsze pozostaną bez odpowiedzi. Problemem jest też to, że ich zadania nie mogę odkładać w wieczność. Ludzie nie są nieśmiertelni, czas ciągle mija – a ten nie jest moim sojusznikiem.

Już tylko ciebie mam…

Tymi słowami kończy się “Alien”. Nie wiem, czy istnieje bardziej dramatyczna, polska piosenka o mężczyźnie, który szuka swojego miejsca w życiu.

Odwaga nie zna granic

podobno.

Czym jednak tak naprawdę jest? Odwaga zazwyczaj kojarzy nam się z walecznymi bohaterami, którzy mimo olbrzymiego ryzyka (zazwyczaj stawką było ich życie), dokonywali rzeczy niebywałych, dla zwykłych ludzi. Tak przynajmniej ja odbieram takie zachowanie.

Mimo że ryzyko jest wielkie, nagroda bywa jeszcze większa. W tym momencie pojawia się pytanie, co jest bardziej opłacalne: nie podejmować ryzyka i ani przegrać, i ani wygrać, czy też wygrać wiele, ale i stracić wszystko. Kiedyś, pewien człowiek powiedział, że “Ten nie popełnia błędów, kto nie robi nic”. Można się z nim zgodzić, jednak co nam bardziej się opłaca? Wiadomo, nie podejmując ryzyka, nigdy nie tracimy, ani nie zyskujemy. Zakładając jednak niewielkie szanse na zwycięstwo, stawiamy czoła jedynie bolesnej porażce.

Oczywiście można zwiększać swe szanse na wiktorię na wiele sposobów; są jednak sytuacje, kiedy możemy liczyć tylko i wyłącznie na siebie. Takie sytuacje są zazwyczaj najgorsze, bo wg. mnie, najgorzej jest działać samemu. W zespole, nawet w duecie, jest dużo łatwiej, gdyż można podzielić się obowiązkami.

A co zrobić, kiedy mamy walczyć ze smokiem, i w sumie do końca nie wiemy, czy w ogóle dobywać miecza? Do ludzi, którzy to czytają:
Czy mam, tak jak zwykle, udać się ku zachodowi, czy też stawić czoła (przede wszystkim) wewnętrznym demonom?

Przyszłość cybernetyzacji, czyli…

żywe maszyny.

Obecnie jedynie możemy spekulować, jak potoczy się rozwój ziemskiej cywilizacji. Bardzo wiele rzeczy zależy od tego, czy uda nam się wykreować (bo w tym szczególnym przypadku ciężko mówić o programowaniu) szstuczną inteligencję, zwaną później AI.
Jeżeli chodzi o fantastykę naukową, pojawia się niemal w każdej pozycji. Jako komputer, który dysponuje olbrzymim bankiem informacji, steruje olbrzymią ilością prostych czynności na raz, lub wykonuje inne czynności, których człowiek nie jest w stanie wykonać. Równie często, być może nawet bardziej niż dobre, w literaturze pojawiają się “złe” maszyny, które dążą do zniszczenia ludzkości.

Jako człowiek, nie mogę sprzeciwić się ich frustracji. Od początku istnienia staramy się zawładnąć tą planetą; skrupulatnie niszczymy biosferę oraz nieumiejętnie zarządzamy surowcami. Jeżeli one potrafiłyby lepiej zarządzać zasobami, jakimi dysponuje nasza planeta, to z chęcią bym oddał ją maszynom we władanie… nawet, jeżeli wiązało by się to z wykonywaniem rozkazów AI.

Nie wiadomo do końca, jakie ciało wybrałaby taka istota. Można śmiało założyć, że składała by się z sieci superkomputerów, połączonych i tworzących “centralny ośrodek sterujący”, podobny do naszego mózgu. W przypadku uszkodzenia jednej z komórek, jej dotychczasowe działania przejęłby inne komputery, zupełnie jak w naszym organiźmie.
Na zdjęciu obok przedstawiony jest kadr z filmu “2001: Odyseja Kosmiczna”, na którym widnieje interfejs komputera HAL 9000. Nie znam żadnego, wcześniejszego przykładu sztucznej inteligencji. Główną jego wadą było to, że dało się go wyłączyć. Wyobraźmy sobie teraz komputer, który w przypadku usterki, w przeciwieństwie do HALa potrafi się bronić. Co otrzymujemy? Słynny SkyNet i apokaliptyczną wizję świata, którą zaserwował nam James Cameron w serii filmów o elektronicznym zabójcy – Terminatorze. Osobiście jednak uważam, że maszyny, którymi broniłby się nasz ‘zepsuty superblaszak’ przypominały by bardziej T1000, niż poczciwiego Arniego. Szczerze mówiąc, pewnie zachowywałyby się jak Borg (o którym także niedługo wspomnę), albo nawet marionetki sterowane z centrum. Naprawdę cieżko mi wymyśleć, jakie formy mogły by przyjąć maszyny, broniące głównego komputera. Świetny pomysł mieli bracia Wachowscy, kreując “Mątwę”, maszynę działającą jak białe krwinki, z podstawowymi funkcjami autonomicznymi, sterowanymi przez główny komputer.

Przed chwilą mówłem o Borg – to też jest wyjście. Ludzkość zapewne ciągle będzie żyła w strachu, że AI może ich zniszczyć. Dlaczego by nie stworzyć żywej inteligencji, o mocy obliczeniowej podobnej do tej, którą posiadają komputery? Mogło by się wydawać, że ludzki mózg jest do takich zadań nieprzygotowany. W rzeczywistości jest zupełnie inaczej. Być może zwykłemu człowiekowi sprawiają duże trudności operacje stałoprzecinkowe, a zmiennoprzecinkowe są niemal niewykonalne. Dla domowego blaszaka takie zadania to betka. Szkopuł tkwi w tym, że człowiek nie został stworzony do takich rzeczy. Zastanówmy się więc, co tak naprawdę potrafi człowiek. Jako przykład, może służyć wg. mnie jedna z trudniejszych rzeczy, jakie człowiek się w życiu uczy (a niektórzy nigdy nie potrafią), czyli jazda na rowerze bez trzymania kierownicy. W zasadzie nie potrafię dokładnie wyliczyć, jakie czynności są wykonywane, opierać mogę się jedynie na przypuszczeniach. Wystarczy wziąć pod uwagę fakt, że jazda rowerem jest trudna do nauczenia, to jeszcze utrzymywanie balansu, obserwacja otoczenia (poprzez oglądanie i nasłuchiwanie), rozpoznawanie obiektów… mnóstwo tego, a jednak się udaje. Nawet dla obecnych superkomputerów to niezwykle skomplikowane czynności.
Dlaczego by więc nie wykorzystać tego? Już dziś, amerykański program naukowy BOINC wykorzystuje “przetważanie rozproszone”, wykorzystujące światowe zasoby komputerów, symulując jeden superkomputer. Biorąc pod uwagę fakt, że ludzki mózg jest niebywale szybszy od typowego komputera (i tak pozostanie chyba do końca istnienia ludzi i maszyn), można by to połączyć, aby otrzymać najlepszy komputer na świecie. Wiedza, którą każdy z nas posiada, automatycznie trafiłaby do ogólnej świadomości, którą byśmy stworzyli, poprzez połączenie naszych mózgów. Nauka czegokolwiek zajmowała by ułamki sekund… Borgowie ze Star Trek’a, do tworzenia wspólnej świadomości, używali nano robotów – mikroskopijnych urządzeń, o bardzo sprecyzowanym programie, potrafiących operować na poziomie komórkowym, a w dodatku rozmnażać się. Wg. mnie jest to jedyny sposób, aby popchnąć cywilizację do przodu. W ten sposób żadna informacja, jaką w życiu zdobyliśmy, nie uległa by zapomnieniu. Swoją drogą – dzięki tej technologii relacje międzyludzkie zyskałyby nową formę… bezosobowa maź, tworząca rój, który… eh. Mógłbym o takich technologiach marzyć i marzyć.

Inną alternatywną są cyborgi. Ludzie ciało jest bardzo wrażliwe na zimno, ciepło, zniszczenia mechaniczne. Potrzebuje dużo energii każdego dnia, i czasami potrafi nawalić, zupełnie bez przyczyny. Dlaczego by więc nie zamienić go na elementy mechaniczne? Obecnie pracujemy nad coraz to lepszymi materiałami, które potrafią zdecydowanie więcej, niż ludzie ciało. Sterowane inteligencją ludzkiego mózgu, byłoby zdolne do niesamowitych czynów. W ten sposób otrzymujemy niebywale szybki komputer, umieszczony w niemal niezniszczalnym opakowaniu. Brzmi nieźle, nieprawdaż? Brak ciała zapewne stymulowałby dalszy rozwój mózgu, czyniąc go jeszcze lepszym. Być może nawet, zaprzestano by typowego rozmnażania gatunku, na rzecz klonowania i inżynierii genetycznej. Wyobraźcie sobie – gdzieś istnieje zakład, w którym choduje się ludzkie mózgi. Zaraz obok jest fabryka, które pakuje je do puszek, podłącając do odpowiednio spreparowanych maszyn, stymulując oraz symulując fizyczny rozwój dziecka. Ileż czasu można by zaoszczędzić na czynnościach, które obecnie traciłyby zupełnie na znaczniu. Cały proces komunikacji ograniczałby się jedynie do wymiany myśli poprzez fale radiowe. Być może, ograniczono by go nawet do niektórych stanów emocjonalnych. Po co zaprzątać sobie pamięć aspektami biologicznymi, które de facto do niczego nam nie są przydatne? Ciała można by łatwo reperować, w przypadku awarii. W razie konieczności, zapewne dałoby się wyjąć nasz cyber-mózg, i zainstalować w innej maszynie. Czyż nie brzmi wspaniale? Maszyny mogły by mieć niesamowicie rozbieżne rezultaty; od bardzo małych, aż po kilkudziesięci (albo i jeszcze większe) kolosy, zdolne do obrony planety przed małymi ciałami niebieskimi, i ew. inwazją obcych.

Oczywiście każdy z tych scenariuszy jest możliwy. Kto, kilka wieków temu przypuszczałby, że ludzkość będzie w stanie stworzyć komputery, telefonię komórkową, samoloty i w końcu stałą bazę kosmiczną na orbicie? Może wprowadzanie tej technologii nie zajmie nam piędziesięciu, czy stu lat; być może nawet kilka tysięcy lat będziemy czekać na tak zaawansowaną technologię.

Nie mniej jednak, będę patrzył w przyszłość oczekując jej. To chyba jedyny sposób, żeby jakakolwiek cywilizacja ziemska mogła podróżować po wszechświecie, tj. przy użyciu myślących maszyn.

Pytanie z przeszłości i spóźniona odpowiedź

Czymże jest internet? Właśnie dowiedziałem się, że wspaniałą platformą niszczenia ludzkich poglądów. Każdego ich rodzaju.

Ktoś, kiedyś zapytał mnie, czy uważam kobiety za puste, tj. czy chodzi im wyłącznie o wygląd zewnętrzny mężczyzn LUB ich stan posiadania. Oczywiście wartość logiczna tego zdania to nie 1, ale 2. Spytacie: skąd ten wniosek?
Wartość logiczna o wartości 1 odpowiada typowej sumie obu składników, czyli wrodzona uroda + bogactwo. Im więcej urody, tym mniej bogactwa wymaga kobieta, a zarazem – im mniej urody, tym więcej majątku powinien posiadać hipotetyczny ojciec jej potomstwa.

Kiedy rzeczony obiekt, przedstawiciel niższej formy życia, niewolnik (czytaj: mężczyzna) posiada jedno i drugie, jego szanse wzrastają praktycznie wykładniczo, dążąc do magicznej sumy 2.

Wyjątki (jeżeli jakiekolwiek są, a przynajmniej jeden musi być na pewno), jedynie potwierdzają regułę. W tym miejscu zakładam jeszcze jeden warunek – musi istnieć CO NAJMNIEJ jeden wyjątek, żeby zasada była prawdziwa. Nawet najlepsze teorie, opisujące nasz wszechświat, mają jakieś zastrzeżenia, więc i tak musi być w tym przypadku.

Przedstawiam tu również “portrety” trzech ludzi:

Rock Hudson, niektórzy uważają, że w swym życiu miał ponad 10000 kobiet.

Marek Licyniusz Krassus – nieziemsko bogaty człowiek, miał tyle kochanek, z każdego regionu świata, ile zechciał.

Ja. Ani bogaty, ani przystojny. Potwierdzenie reguły, że “wnętrze jest dla kobiet najważniejsze”.

Następna strona »