Archiwum kategorii ‘Filmy, muzyka, etc’
Najlepszy koncertowy zespół świata
What did I see? Could I believe? That what I saw
that night was real and not just fantasy
“Number of the Beast”
Żadne słowa nie opiszą lepiej tego, co 7 sierpnia wydarzyło się na warszawskim Stadionie Gwardii. To był po prostu sen – najlepszy koncert Iron Maiden, jaki miałem przyjemność doznać (słuchać lub oglądać) oraz najlepszy, na jakim w ogóle w życiu byłem.
Zacznijmy jednak od początku, bo warto opisać całą wyprawę, którą mógłbym nazwać Warszawa Rock City.
Tamtego dnia wstałem około 5 rano. Bilet na TLK miałem wykupiony już wcześniej, więc nie martwiłem się o miejsce siedzące. Wraz z plecakiem pełnym wałówki oraz ciepłą kurtką na plecach (bo ranek był chłodny, a i nie byłem pewien nadchodzącej nocy), radośnie pomaszerowałem w kierunku stacji. Z początku myślałem, że będę tam sam, jednak spotkałem tam 3 fanów z pobliskiego Strzałkowa. Na pociąg nie czekałem długo – Dworzec osiągnąłem około 6:35, czyli na mniej więcej 10 minut przed zaplanowanym przybyciem mojego składu. W końcu wsiadłem do przedziału (jak później okazało się, nie był on moim), gdzie spotkałem dwóch miłych fanów muzyki rockowej, z którymi razem podróżowałem aż do samej Warszawy Centralnej. W okolicach Kutna dosiadły się jeszcze dwie panie, one jednak niemal całą podróż spały.
Około 9:30 (nie pamiętam dokładnie) dojechaliśmy w końcu do skraju naszej podróży. “Starosta” pomknął dalej, w kierunku Białegostoku, wypróżniając się wcześniej z przypadkowych ludzi, ale przede wszystkim z fanów Iron Maiden. Już na peronach Dworca Centralnego dało się odczuć atmosferę koncertową, bo ludzie w koszulkach z logo wiadomego zespołu byli niemal wszędzie.
Wraz z moimi dotychczasowymi towarzyszami podróży czekaliśmy na PKP jeszcze około godziny, po czym oni udali się w swą stronę (po wcześniejszym zlustrowaniu możliwości powrotu do Poznania, skąd jechali – a te były bardzo ograniczone, wręcz fatalne), a ja ciągle czekałem na Górala i jego przyjaciela – Bartka. Ukazali się mym oczom około 10:40. Razem udaliśmy się do Złotych Tarasów, gdzie miałem okazję porównać ten budynek ze Starym Browarem. Najbardziej rzucającym się w oczy elementem architektonicznym tej budowli, była liczba polygonów, z jakiej wykonany był transparentny strop. Liczba FPS wydała nam się zaskakująco duża; doszliśmy jednak do wniosku, że musi być równa 24, gdyż większej ilości nie obsługują nasze oczy. Po wizycie w tamtejszym Burger Kingu, i rozmowie zapoznawczej, nasza trójka udała się po raz kolejny na Dworzec Centralny, gdzie odbieraliśmy kolejnych fanów Żelaznej. Warszawa jedynie zaskoczyła mnie ilością biurowców, która znacznie przewyższa tę, znaną mi z Poznania.
Kiedy już dotarł pociąg, po raz kolejny wysypali się z niego fani ciężkiego brzmienia, a oprócz tego wyczekiwana przez nas osoba. Oprócz niej była także odrobinę zagubiona grupka fanów, która nie miała za dużego pojęcia o lokacji poszczególnych obiektów w Warszawie. Łaskawie pozwoliliśmy im przyłączyć się do nas, aby ich chociaż odrobinę naprowadzić na cel naszej wspólnej pielgrzymki, i udawszy się w stronę stacji metra, zakupili bilety MZK. My, jako że Bartek miał jeszcze zlecenie do wykonania, wysiadliśmy kilka chwil przed peletonem. Po drodze do celu zobaczyłem sklep z artykułami RPG i fantasy, do którego zajrzałem z Pawłem, ale ku memu zasmuceniu, nigdzie nie widziałem żadnej franczyzy powiązanej ze Star Trekiem. Bartek, który oddalił się od nas kilka chwil wcześniej, aby ukończyć swego questa, dołączył do nas niedługo po naszym wyjściu z tego miejsca. Odwiedziwszy sklep spożywczy, udaliśmy się na przystanek (na ulicy Rakowieckiej, gdzie podobno kiedyś było SB). Na środek transportu nie musieliśmy długo czekać – radośnie nadjechał autobus pamiętający pierwsze koncerty Maiden’ów w Polsce.
W okolicach stadionu byliśmy mniej więcej o 12:30, czyli na 3,5 godziny przed otwarciem bram, a tam już stali i czekali jego otwarcia ‘najwierniejsi’ (a właściwie najtwardsi i najbardziej zdeterminowani) fani! Usiedliśmy w cieniu drzew okalających teren stadionu, w oczekiwaniu na koncert. W miedzy czasie dały się słyszeć fragmenty ustawiania sceny (podczas jednej takiej próby wszyscy, jakieś 200 osób, zapadło w całkowitą ciszę); przyjeżdżali także ludzie z różnych zakątków kraju. Wielką furorę zrobiła 4-osobowa grupka biegaczy, którzy wzbudzili wielki aplauz wśród oczekującej grupy osób.
Oczekiwanie upływało nam pod znakiem rozmów o Maidenach, patrzeniu na różne koszulki oraz innych fanów (z czego szczególnie jednen zrobił na nas wrażenie, bo po wyskoczeniu z autobusu krzyczał niemal na cały głos “Maiden, Maiden, Maiden…”). Około godziny 15:00 ktoś spłatał nam figla, i powiedział, że otwierają bramy. Wszyscy, jak jeden mąż, rzuciliśmy się do bramek. Oczywiście był to fałszywy alarm, co wywołało falę agresji wśród oczekujących (“Kurwa mać, pojebany start”), jednak wyjście rosłego ochroniaża odrobinę uspokoiło tłum (który i tak krzyczał). W końcu jednak doczekaliśmy się 16:00.
Wtedy zaczął się 1. epizod rzeźni. Oto napierający (a wręcz nacierający) tłum chcący się dostać jak najprędzej, zaczął tak nas ściskać, że niemal nie było czym oddychać. Kilka godzin czekania, temperatura, piwo i inne trunki mocno dały się niektórym we znaki. Niektórzy nie potrafili także uszanować fanów niepalących, gdyż ciągle zaciągali się papierosami. Najgorsi jednak mimo wszystko byli ci pijani (później nie raz widzieliśmy, jak ochrona ich wynosi specjalnym przejściem zrobionym między “kotłem” a resztą (pełnego) stadionu. Minąłem pierwsze bramki, wyrzuciłem wszystko z plecaka (ochrona nie pozwoliła mi wnieść wody mineralnej), po czym poszedłem do bramek kontrolnych. Tam okazało się, że mam prawdziwy bilet (wtedy ostatecznie spadł mi kamień z serca), co wywołało stan niewielkiej euforii.
Przez bramki przeszedłem jako ostatni, z naszej trójki. Przed sobą ujrzałem Bartka i Górala, i razem rozpoczęliśmy to, co było widoczne min. na zdjęciach z Rock in Rio – bieg w kierunku sceny. Kiedy już tam dobiegliśmy okazało się, że na kocioł jest komplet, więc ustawiliśmy się po lewej stronie sceny (od strony budynków lecznicy… czy tam czegoś :P), i rozpoczęliśmy czekanie na gwiazdę wieczoru – Iron Maiden.
W oczekiwaniu tym pomogła nam min. Lauren Harris, córka Arry’ego, która mimo przyzwoitej urody, i niezłego głosu, nie zaskoczyła jakoś. Oko było na czym powiesić, i całkiem melodyjne to było, jednak nie na to czekaliśmy. Jako ciekawostkę mogę dodać, że bezpośrednio przed jej występem ktoś wpadł na pomysł, żeby puścić z głośników “Baba O’Riley’a” The Who. Dla mnie to było jednoznaczne – mój amulet przynoszący szczęście. To miał być dobry dzień. Po Lauren weszli na scenę Made of Hate – powiem tak: co za kretyn wymyślił, żeby zespół death-metalowy grał support dla kapeli NWOBHM? Mieli kłopoty techniczne… chyba nawet lepiej, bo zagrali dzięki temu mniej swego materiału. We znaki, po raz pierwszy i nie ostatni, dali nam się pijani kretyni, którzy siłą próbowali zdobyć miejsca pod sceną. Między mnie a Górala dopchała się jakaś filigranowa dziewczyna, która posiadała flagę IM “The Trooper”. Niestety pogo, które odbywało się za nami, było na tyle barbarzyńskie, że wykurzyło nas spod barierek. Bartek i Paweł ewakuowali się do przodu, w kierunku barierek, ja natomiast (jako że optycznie większy), do tyłu, przez tłum.
Ku wielkiemu memu zdziwieniu momentalnie się odnaleźliśmy. Zapadła decyzja, że oglądamy koncert z tyłu, gdzie jest więcej miejsca (moje trzewia w końcu znalazły trochę miejsca), i ogólnie fajniej. Oczywiście nie było to w bezpośrednim sąsiedztwie sceny, jednak było jej wystarczająco blisko, aby było widać poszczególnych członków zespołu bez, i z pomocą telebimów (których były dwie sztuki). Kiedy minęło już kilkanaście minut od koncertu MoH, z głośników dobiegły nas dźwięki, puszczanej z playbacku, Tansylvanii. Oznaczać to mogło tylko jedno – jeszcze tylko kilka chwil.
Kiedy na telebimach, ukazały się fragmenty archiwalnych zdjęć z okresu WWII oraz usłyszeliśmy przemowę Churchilla wiadome było, że koncert na pewno się odbędzie. Jeszcze kilka chwil, i zabrzmiały pierwsze akordy Aces High. Po intrze utworu, niczym myśliwce z tamtego okresu, na scenę wbiegli wszyscy członkowie Żelaznej. Tak genialnego wykonania nigdy nie słyszałem. Jednak, co się dziwić? Od wieków nie wykonywali tego utworu. Publiczność zgrała się w końcu, i razem darliśmy mordy, wykrzykując kolejne wersy piosenki i refrenu. Muszę przyznać, że z przyczyn mi niewiadomych, w niektórych miejscach słowa faktycznie mi się myliły. Może to przez te emocje? Przecież zagrali kawałki, które mogę uznać za ulubione (może poza The Clairvoyant). Następnie jeszcze lepiej – 2 Minutes to midnight. Wooow… wszystkie inne kapele wymiękają przy nich. Kilka słów dla fanów (o tym, że Polska bardzo się zmieniła przez 20 lat), i usłyszeliśmy Revelations. Genialnie! The Trooper, odśpiewanie Bruce’owi Happy Birthay i Sto Lat (w końcu były to jego 50 urodziny), Wasted Years, Rime of Ancient Mariner, Number of the Beast, Heaven Can Wait, Can I play with madness, Run to the Hills, Fear of the Dark, Iron Maiden, Moonchild, The Clairvoyant i na sam koniec Hallowed be thy Name. Przed “Rime…” była gadka o kiełbasie z albatrosa w Ggańsku, a przed “Wasted…” o polskim jazzie oraz o najgorszym jazzowym perkusiście, i powodzie, dla którego Iron Maiden nie zostało zespołem jazzu awangardowego :D (jeżeli pomyliłem kolejność, to proszę wybaczyć). Wielki Eddie pokazał nam się oczywiście w Iron Maiden, a jego mniejsza wersja, tym razem cyborg, wlazł przy dźwiękach “Clairvoyant‘a”. Efekty specjalne też były genialne – płomienie buchające niemal pod dach, zajebiście jasny, czerwony płomień w trakcie Powerslawe, czy fajerwerki eksplodujące w rytm basu Arrego podczas “Rime…” Mgła, czerwone oczka mumii w tyle sceny, przepięknie malowane tła. Szkoda jedynie tylko, że nie zagrali wszystkich swoich utworów…
Po samym koncercie odczekaliśmy z 40 minut, żeby nie musieć wydostawać się w tłoku. Na szczęście, dzięki wielkiej uprzejmości Bartka, udało mi się nocować w Warszawie, więc nie spieszyłem się za bardzo na pociąg. Wyszliśmy ze stadionu, i wraz z tłumem udaliśmy się w kierunku miasta. Odnalezienie przystanku metra trwało niezłą chwilę; w międzyczasie spotkaliśmy także parę, w której chłopak ni słowa nie umiał po polsku, natomiast dziewczyna – perfekt polski, niemiecki i angielski. Przejechaliśmy kawałek z nimi, wysiedliśmy na docelowym przystanku i udaliśmy się w miejsce naszego odpoczynku. Z ciekawostek mógłbym powiedzieć, że B. mieszka bardzo blisko domu Marii Kaczyńskiej… W domu sprawdziłem rozkład jazdy – najlepsze połączenie było o 9:55, także TLK. Po kilkudziesięciu minutach, spędzonych na oglądaniu filmików z youtuba i słuchaniu muzyki, położyliśmy się spać. Ja spałem jak kłoda, reszta ekipy chyba też.
O 8:30 obudził mnie ryk budzika z komórki, który oznajmiał, że już czas wstawać. Po kilku minutach niezdecydowania ubrałem się, i niemal w ostatniej chwili przed wyjściem dorwał mnie B. którego zapytałem, w jaki sposób dotrzeć do Dworca Głównego (mimo faktu, że i tak mniej więcej wiedziałem, jak to zrobić – wolałem się jednak dokładnie upewnić). Krótkie pożegnanie, i udałem się w trasę. Sama Warszawa, przynajmniej w tamtym miejscu, jest wiele brzydsza, niż Poznań, w podobnej odległości od Centrum. Na wejściu do metra otrzymałem Metro Warszawskie, którego nie miałem najmniejszego zamiaru czytać. Nigdy nie kibicowałem tamtemu miastu, nigdy także go nie pokocham. Szanuję je – ale to koniec. W końcu dojechałem, Dworzec Centralny.
Odstałem swoje w kolejce po bilet. Okazało się, że nie ma już miejsc siedzących – mówi się trudno, żyje się dalej. Do ostatniej chwili nie wiedziałem, czy mam dobry bilet, gdyż TLK “Gałczyński”, który jechał z Lublina (przez Warszawę i Poznań) do Szczecina miał numer 2811, natomiast ja miałem bilet na 2810. Jak się później okazało, konduktorzy mieli kontrolować dopiero w okolicach Wrześni. Wlazłem na perony – pełne podróżnych. Była tam jakaś wycieczka, której uczestnicy wykupili 3 wagony (o zgrozo!!!). W końcu, z niewielkim opóźnieniem (około godziny 10:05) nadjechał pociąg, a my wsiedliśmy do wagonu. W “przedziale” (czyli koło kibla) jechałem z jakimś młodym gościem, całkiem przyjemnym. Okazało się później, że też ma 20 lat, i że jedzie do Gniezna przez Wrześnię. Mijaliśmy kolejne stacje: Warszawa Zachodnia, Sochaczew, Łowicz, Kutno, Koło (a później min. Kłodawa) i w końcu Konin. Tam wysiadłem, i zadzwoniłem po raz kolejny do domu, żeby dowiedzieć się, w jaki sposób mam dotrzeć do Słupcy. Miałem iść na Zatorze, co poprzez wielkie zmęczenie było niebywałą czynnością. Miałem udać się pod GE Money Bank, a później do Netto. Nie miałem pojęcia, gdzie to jest, jednak idąc przed siebie, dotarłem do celu. Kiedy zobaczyłem samochód na słupeckich blachach wiedziałem, że to koniec mej podróży.
Tak zakończyła się przygoda, którą mógę spokojnie nazwać Warsaw Rock City. Warto było wydać kupę kasy, żeby zobaczyć Najlepszy Koncertowy Zespół Świata.
Na koniec chciałem także dodać, że mimo absenscji na innych imprezach, fani wypowiadają się jednoznacznie – najlepszy koncert tego roku.
Ciąg dalszy o Europro
W dniu dzisiejszym, zakończyły się w Słupcy Europrowincjonalia, zwane oficjalnie Imprezjami.
Jedynym filmem, który obejrzałem w sobotę był Motyl i Skafander. Film, jak na częściową biografię, bardzo dobry. Dlaczego częściową? Bo opowiada o życiu sparaliżowanego po wylewie bohatera, który tylko dzięki jednemu oku, był w stanie napisać książkę “Skafander i Motyl”, opowiadającą o jego losie. Film powstał właśnie na podstawie książki.
Później były niby “4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni”, aczkolwiek nie miałem ochoty tego oglądać.
Niedzielnych filmów w ogóle nie miałem ochoty oglądać. “Katyń” – nigdy w życiu nie mam zamiaru obejrzeć tego filmu. Dlaczego? Bo to żałosne. Nie mają o czym w Polsce kręcić, tylko ciągle w kółko filmy historyczne i ekranizacje powieści? Oczywiście, niektórzy powiedzą, że to patriotyczny obowiązek obejrzeć ten film (tak samo, jak cały chłam o JP202). Pierdzę w ich kierunku. Każdy przecież dokładnie wie, jak to wszystko wyglądało i się odbywało. Gdyby to był fabularyzowany dokument (jak Sensacje XX wieku), albo luźna interpretacja (300), albo nie wiem… coś, co mogło by zaskoczyć (Wielka Ucieczka). Wajda przedstawia jednak banalą historię, która nie wiem czego ma uczyć. Może tego, że strzał w tył głowy jest bardzo humanitarną śmiercią, bo człowiek nie wie nawet, że umiera, i nawet nie odczuwa bólu? Może właśnie tego.
Dzisiaj miały być także 2 inne filmy (“Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj” oraz “Fałszerze”), jednak burzowa pogoda zapewne pokrzyżowała plany organizatorów.
Ciąg dalszy o Europro
… ach, ta nowomowa. Ze wszystkich wynalazków socjalizmu, ten jest chyba najbardziej przydatny. Ale nie o tym.
Dziś czas na relację z wtorku, środy, czwartku i piątku
Wtorek:
Butelki Zwrotne – genialna czeska komedia; świetny wybór na nudny wieczór.
Ładunek 200 – ciężki, typowo męski, dramat psychologiczny. Także opowieść o końcu Związku Radzieckiego.
Zgon na Pogrzebie – bardzo dobra komedia brytyjska. W skrócie mógłbym powiedzieć, że używanie halucynogenów na pogrzebie nie kończy się dobrze.
Ostatniego w tym dniu filmu, czyli Import/Export, nie oglądałem
Środa:
Sztuczki – bardzo ciekawy polski film. Na uwagę zasługuje wybór lokacji (Wałbrzych) – jednym z głównych motywów jest most kolejowy, dumnie wiszący nad miastem
Wygnanie – kolejny, ciężki film. Film trwał 150 minut, jednak fabułę można by zmieścić w ciągu pół godziny. Genialne zdjęcia
Once & Półksiężyc – na te filmy nie chiało mi się iść. Byłem zbyt zmęczony
Czwartek:
Miłość w czasach zarazy – ciężko cokolwiek powiedzieć mi o tym filmie. Typowa bajka o miłości, z typowym happyendem (fabuła bardzo przypominała tą, którą znamy ze Złotopolskich). Chłopak zakochuje się we włościance, jednak jej ojciec nie zgadza się na małżeństwo córki z gołodupcem. Kiedy pojawia się w jego życiu lekarz, któremu córka wpada w oko, postanawia córę godnie wydać za mąż, mimo jej protestów. Nie była z nim szczęśliwa; zdradzał ją i się przyznawał. Kiedy umiera, ten pierwszy zakochany, ponownie próbuje dobrać się do jej serca, i mu się to udaje. Pojawia się także kilka całkiem dobrych żartów. Raczej strata czasu, chyba że idzie się na randkę.
Nie kłam kochanie – tego filmu nie oglądałem, z dwóch powodów. Jednym z nich jest sam fakt tego filmu, drugi to tłum, który ten film zapragnął obejrzeć. Jako że tłumów nie lubię, szczególnie prostackiego motłochu, który wielbi katować swą inteligencję takimi produkcjami.
Czas na gwóźdź imprezy, czyli koncert Kombajnu do Zbierania Kur po Wioskach. Cóż można o nich powiedzieć oprócz tego, że są genialnym zespołem?
Niestety byli “tylko” supportem dla najbardziej żenującego polskiego zespołu męskiego, czyli Feel. Jako że motłoch napalił się wyłącznie na tę kapelę, ludzie zawiedli się, kiedy Paweł Gogołek wylazł na scenę i zapowiedział właśnie Kombajn. W trakcie ich koncertu, gdzie pojawiły się największe hity (Warszawa, Połączenia), miejsce znalazła także piosenka z nowej płyty. Wokalista (Marcin Zagański) nie raz dał upust swemu poczuciu humoru, i subtelnie obraził fanów Feela oraz sam zespół. Brawa dla niego za to! Szkoda tylko, że fani Kombajnu stanowili zaledwie ułamek wszystkich obecnych na Starym Stadionie, gdzie całe wydarzenie się odbywało.
Kiedy zakończyli, chałastra chyba odetchnęła ulgą, bo oznaczało to tylko jedno – niedługo pojawi się FEEL. Klękajcie narody, największy polski zespół śpiewa! Szczerze żałuję, że tak wielu ludziom podoba się ich ‘tfurczość’. Z drugiej strony – może to i dobrze, bo czym mógłbym się szczycić pośród ludzi upośledzonych muzycznie, jak nie wiedzą o tym, co oni słuchają? Oczywiście daleko mi do moich znajomych z reżyserii dźwięku, z akustyki (Wydział Fizyki UAM), jednak swoje w życiu przesłuchałem, uczyłem się od najlepszych (Piotr Kaczkowski, Marek Niedźwiecki, Wojciech Mann, Jan Ptaszyn Wróblewski, Janusz Deblessem).
Może słucham muzyki ekstremalnej, jednak wydaje mi się że potrafię rozróżnić muzykę od chłamu, którym częstują nas menedżerowie i komercyjne stacje muzyczne radiowe, jak i telewizyjne.
Piątek:
Zrobiłem sobie wolne. Dwa Dni w Paryżu to nie jest film, którego tematyka zachęciła by mnie w stopniu wystarczającym, aby przejść się do kina. Godnym uwagi filmem było XXY, dramat argentyński. Wieczorem były projekcjie jakiegoś dokumentu o Rolling Stones i film (gówniany, szczerze) pt. Sierociniec, jednak w międzyczasie rozpętała się burza, i chyba odwołano wyświetlanie.
Osobiście wolałem pobiegać po Wybrzeżu Mieczy (pozdro dla tych, którzy wiedzą o co biega).
(Euro)Prowincjonalia letnie, czyli Imprezje 2008
Słupca podobna z charakteru jest zupełnie do żadnego miasta na świecie.
To jest chore, że w ponad 16-sto tysięcznej miejscowości, w znakomitym położeniu geograficznym, nie dzieje się praktycznie nic. Niby leżymy nad jeziorem (które aktualnie pięknie kwitnie na brązowo), które rozpoczyna piękny ciąg akwenów. Niby leżymy blisko Warty, i to w przepięknym regionie, bo akurat w naszej okolicy rzeka ta utworzyła wspaniałe starorzecze. Niby leżymy nieopodal jednej z dwóch najważniejszych tras kolejowych w Polsce (wg. mnie najważniejszej, bo tej wschód-zachód), i do autostrady A2 też jest kawałek… ale czy czyni to ze Słupcy miasto szczególne? Niestety NIE.
Zapomniałem jeszcze dodać o cieszącym się złą sławą szpitalu.
Kiedyś, a w zasadzie całkiem niedawno temu, odbywał się tu Ogólnopolski Festiwal Sztuki Filmowej “Prowincjonalia”. Festiwal przeniesiono do Wrześni, bo ich twórca (któremu kij w oko) zwietrzył tam większe pieniądze. Lokalni włodarze, zapatrzeni na to, ile który zarabia, i dlaczego więcej od niego, nie mieli czasu, aby coś z tym zrobić.
We Wrześni festiwal nabrał rozmachu, i jest jedną z ważniejszych imprez tego typu w Polsce (kina niezależnego), a na pewno jedyną o tej porze roku (koniec stycznia, początek lutego).
To też wymyślono Europrowincjonalia, zwane od roku Imprezjami. Osobiście uważam, że ta pierwsza nazwa jest dużo lepsza, inni pewnie też – zanim dokonano zmiany, seanse potrafiły wypełnić salę kinową. Kiedy jednak kino jest w remoncie, a MDK występuje gościnnie gdzie się da (muzeum, szkoła muzyczna)… cóż. Ja na to nic nie poradzę. Moim skormnym zdaniem nazwa “Imprezje” jest chujowa. Ni z gruszki, ni z pietruszki. Wymyślona jakby z nienacka, jeszcze bardziej tendencyjna od Europrowincjonaliów. Na to także nie mam wpływu.
Czas jednak na to, co się działo dziś.
Pierwszym filmem był Control, opowiadający o życiu Iana Curtisa, wokalisty “Joy Division”. Film charakteryzował się tym, że główny bohater ciągle palił papierosy. Oprócz muzyki, i faktu że w UK są identyczne bloki jak w Polsce, nie zwróciłem na nic więcej uwagi. Film jednak oglądało się całkiem przyjemnie.
Drugą pozycją tego dnia były francusko-izraelskie Meduzy. Mimo wszystko, bardzo ciekawy film. Nie był on jakoś wybitnie skomplikowany, jednak kilka rozwiązań fabularnych bardzo mi się spodobało. Film nastraja bardzo optymistycznie, a jako mój wkład mogę dodać, że Izraelki są nadzwyczajnie piękne. Nie wiem, czy w mej krwi płyną krople Azji, jednak bliskowschodnie dziewczyny mają “to coś”, czego europejkom brakuje…
Później był jakiś wernisaż, ale nie chciało mi się na niego iść
O 22:00, w miejskim amfiteatrze, rozpoczęto plenerowe projekcje kolejnych, zaplanowanych na dziś filmów. Jako pierwszy poszedł Sen Kasandry, który nieco mnie zawiódł. Typowo moralizatorska opowieść o dobru i złu, naszpikowanym gwiazdami, przez gwiazdę reżyserowany i napisany. Gdybym nie wiedział, że maczał w tym palce Woody Allen, nigdy bym na to nie wpadł. Strasznie też drażni napis, znajdujący się na plakacie filmu, czyli “Najlepszy film Allena”. Bzdura jakich mało. Mogli by nie kpić z ludzi.
Myślą przewodnią filmu mogło by być zdanie “Jak kupisz łódkę, to nie zmieniaj jej nazwy, bo to przynosi pecha”.
Ostatnim tego (a właściwie pierwszym filmem następnego) dnia była czeska komedia Wycieczkowicze. Film ciekawy, jednak niezachwycający. Komedia o czeskich wczasowiczach; film równie dobrze mógłby być o polakach, bo w sumie niewiele różnią się nasze oba narody. Cieszy także wysublimowany humor Czechów – nie jest tak agresywny, jak to w polskich komediach bywa.
I to by było chyba na tyle, jeżeli chodzi o relację z I. dnia Europrowincjonaliów 2008.
PS Wpis sponsorowany przez markę Żubr
Fuck Yeah, Farscape!
kto jeszcze pamięta ten serial? Zapewne nikt, albo niewielu, bo w Polsce emitowała go wyłącznie Wizja1, a od niedawna AXN Sci-Fi. Jak wiadomo, nie są to kanały powszechnie dostępne, więc i serial nie cieszył się tu dużym powodzeniem.
Wg. mnie należy on bezsprzecznie do czołówki najlepszych seriali SF, obok całej sagi Star Trek, serii Babylon czy StarGate. W ogóle się nie zestarzał – w przeciwieństwie do takich produkcji jak Lexx czy Andromeda, o których nie wie praktycznie nikt.
Warto by było przybliżyć fabułę, prawda? Rzecz się dzieje pod koniec XX wieku. John Crichton (na zdjęciu w środku) jest ameyrkańskim pilotem testowym, któremu przypadło w udziale wypróbowanie statku, o zupełnie innowacyjnym napędzie. Niestety, w trakcie lotu, otworzył się Worm Hole (nie wiem, jak to powiedzieć po polsku), i nasz nieszczęśnik trafił do zupełnie nieznanej części wszechświata, na żyjący statek, który kiedyś był statkiem transportowym do międzyplanetarnych więzień, jednak aktualnie jest w posiadaniu… przewożonych nim (a właściwie nią – Moya to kobieta ;P) skazańców. W filmie co prawda można dopatrzeć się zapożyczeń z min Star Treka (Ka D’Argo; nad Crichtonem), który zachowuje się jak typowy Klingon, i jak typowy Klingon używa miecza. Co ciekawe, miecz jest także karabinem plazmowym… Aeryn Sun zachowuje się jak Bajoranka etc. Bardzo ciekawym pomysłem jest Pilot, który nigdy nie opuszcza swojego stanowiska (bo jego gatunek wyewoluował do bycia pilotem Żywych Okrętów).
Człowiek może czuć się zagubiony w takim świecie, nieprawdaż? Na szczęście serial ten to nie typowe SF (jak Star Trek), gdzie na podstawie wyobrażeń scenarzystów można by skonstruować działający silnik Warp, ale to typowa Space-Opera. Nie obowiązują tu żadne większe ograniczenia, co do fizyki. Jeżeli coś ma lecieć, to leci. Dawno, dawno temu, kiedy w amerykańskiej telewizji transmitowano Star Trek TOS oraz Lost in Space (kto oglądał remake? – bardzo ładne efekty specjalne, mimo upływu tylu lat), tryumfy święcił ten drugi – bo był bardziej “rzeczywisty”. Kto dziś wyobraża sobie życie bez telefonu komórkowego, komputera osobistego, słuchawki bluetooth, odtwarzacza mp3 czy telewizji satelitarnej? Wszystkie te rzeczy zawdzięczamy wizjonerom, autorom Science Fiction, jednego z najważniejszych wg. mnie gatunków literackich w twórczości ludzkości. Nie żadne romansidła, nie książki przygodowe, nie fantasy, nie historyczne, nie poematy, nie dramaty psychologiczne i nie książki obyczajowe, nawet nie pamiętniki ani każdy inny rodzaj gatunku wywarł takiego wpływu na obecny kształt naszej cywilizacji.
Możemy ich za to przeklinać, albo wielbić pod niebiosa – ale bez C. Clarke’a czy Roddenberrego nie mógłbym tego robić (Clarke zaproponował użycie satelitów do celów komunikacyjnych, a Roddenbery był twórcą inspiracji min. dla Steve’a Wozniaka (Apple), Billa Gatesa (Microsoft) czy Martina Coopera (Motorolla), którzy oglądając leciwy już serial, próbowali wdrożyć tamte “kosmiczne technologie” w życie. Jak widać udało im się ;) )
Mimo tego, że cała ta rewolucja technologiczna doprowadziła to uformowania iGen (internet Generation – pokolenie internetu) oraz sprawiła że XXI wiek będzie wiekiem oddalenia się ludzi od siebie, jednak życia bez całego tego elektronicznego stuffu nie wyobrażam sobie. Kiedyś komputery zajmowały całe pokoje – teraz używam klawiatury, która wbudowana jest do jednostki centralnej, do której przymocowany jest monitor. Nazywa się to laptopem – kto by kilkanaście lat temu pomyślał, że komputery mogą być tak małe?
Komentarze (2)
Dodaj komentarz
Dodaj komentarz
